niedziela, 15 października 2017

Warszawskie Babeczki z Rodzynkami w obiektywie aparatów

Postanowiłam trochę uzupełnić ostatni post dotyczący wycieczki.

Na poniższych zdjęciach widać jak grasujemy po cmentarzach.










Tutaj wiatr targa nasze fryzury na Sowiej Górze, a my podziwiamy widoki i robimy zdjęcia.




Bawiliśmy się świetnie i sądzę, że wycieczkę zapamiętamy na długo, a do zdjęć będziemy wracać w zimowe wieczory.

niedziela, 8 października 2017

Warszawskie Genealożki z Rodzynkami na wycieczce do Węgrowa

    Jakiś czas temu po opublikowaniu mojego postu o Węgrowie oraz drugiej części, moje koleżanki zaczęły żartować, że może zrobimy wspólnie taka wycieczkę i że ja będę ich przewodnikiem. Żarty trwały przez jakiś czas, ale po woli zaczęły przybierać realny kształt. Cóż przyszło mi zmierzyć się z organizacją całodziennej wycieczki w strony dobrze mi znane od dzieciństwa. To przecież tutaj mieszkali moi dziadkowie i mnóstwo rodziny, dlatego podjęłam się tego zadania z ogromna przyjemnością.
    Jesteśmy żeńską grupą genealogów, mieszkających w Warszawie lub niewielkiej okolicy, zatem już od dawna zostałyśmy określone jako "Warszawskie Genealożki". Czasami dołącza do nas jakiś pan, albo dwóch i to są nasze "Rodzynki". Wycieczka liczyła osiem osób, w tym Rodzynków było dwóch.
    Ogólnie wiadomo, że genealogów głównie interesują kościoły i cmentarze, zatem plan wycieczki ułożyłam tak, żeby każdy z nas znalazł coś, co go zainteresuje.
Większość grupy spotkała się na pl Bankowym w Warszawie i wyruszyła w kierunku wschodnim, po drodze zabierając ze sobą jeszcze jedną osobę. A ja dołączyłam do wszystkich dopiero w Grębkowie, skąd rozpoczęło się nasze wspólne zwiedzanie.




Grębków, bo gręby, czyli nierówny, pofałdowany teren. Parafia została erygowana już w 1425 roku. Obecny budynek kościoła został wybudowany w stylu neogotyckim, a fundatorami byli dziedzice z Trzebuczy Eleonora i Stanisław Brogowicz. Tuż obok kościoła znajdziemy stary, zabytkowy cmentarz z ciekawymi nagrobkami. Cmentarz współczesny jest w niewielkim oddaleniu od kościoła, po lewej stronie głównej drogi. Polecam zajrzeć na stronę internetową parafii, a szczególnie tę zakładkę.
    Następnym punktem programu był Liw a w nim kościół, cmentarz i oczywiście zamek z wieżą.



Wokół kościoła pod drzewami znajdują się ciekawe tabliczki z rymowankami ekologicznymi. Niektóre z błędami ortograficznymi :)



Sam kościół jest również pobudowany w stylu neogotyckim i również fundatorem był dziedzic z Trzebuczy Stanisław Brogowicz, ale też właściciel Turny Ignacy Popiel oraz ksiądz Rafał Leszczyński. Na cmentarzu znajdują się ciekawe nagrobki księży i innych osób. Część z nich została pięknie odrestaurowana.
    Następnie udaliśmy się do Muzeum Warowni w Liwie. Sądzę że na długo zostaniemy zapamiętani przez obsługę z racji zamieszania jakie uczyniliśmy zaraz przy wejściu mierząc rozmaite nakrycia głowy. Nie ukrywam, że uciechę mieliśmy ogromną.





Część uczestników zawędrowała na wieżę by z wysoka podziwiać panoramę okolicy.



    Kolejnym etapem był punkt widokowy o wdzięcznej nazwie Sowia Góra. Tym miejscem zachwycili się już filmowcy. Ostatnio ta piękna okolica posłużyła jako plan  filmowy do "Legionów", których premiera ma być w 2018 roku.  Szkoda, że słoneczko nie chciało ładniej podświetlić okolicznych łąk i meandrów Liwca, a także fotografów.






Następnie podjechaliśmy na maleńki wiejski cmentarzyk w Jarnicach z uroczą kaplicą, której historię można przeczytać tutaj. Warto też zapoznać się z dziejami wsi.    Kolejnym punktem programu był Węgrów z jego zabytkami i historią. Zobaczyliśmy cmentarz żydowski, ewangelicki (z ciekawymi nagrobkami z trupimi czaszkami) i katolicki, na którym natrafiliśmy na wiele ciekawych  nagrobków, również  prawosławnych. Udało nam się także wejść do kaplicy cmentarnej. 




    Pobiegaliśmy trochę po rynku i okolicach. Widzieliśmy Dom Gdański, Starą Plebanię, piękne kamieniczki i stare drewniane domy.



 Nawet przez chwile posiedziałyśmy na ławce by dać trochę wytchnienia naszym stopom. 



Weszliśmy do Bazyliki Mniejszej, ale że za chwile był pogrzeb, więc po cichutku wyszliśmy by nie przeszkadzać żałobnikom. 








    Sądzę jednak, że najbardziej wszystkich zaciekawił Klasztor i jego skarby. Poprosiliśmy pana Marka o oprowadzenie i opowieści o historii. Moglibyśmy słuchać i słuchać i oglądać bez końca... 
Nawet jakaś obca pani dołączyła do nas przy zwiedzaniu...



Mieliśmy to szczęście, że mogliśmy obejrzeć niedawno odnalezione szkatuły z sercami fundatorów świątyni.





Ogromne wrażenie zrobiły na nas też podziemia z trumnami i mumiami 





    Wreszcie nadszedł czas posiłku, zatem udaliśmy się na obiad do knajpki nad Liwcem, gdzie w spokoju i ciszy spożyliśmy różne dania popijając czym kto lubi.



    A jak wiadomo po obiedzie wskazany jest spacer, czyli poszliśmy nad zalew podziwiać przyrodę i wędkarzy moczących kije.
    Ostatnim punktem programu była Ruchna i mieszkająca w niej twórczyni ludowa, o której kiedyś już pisałam. Małgosia Pepłowska, bo o niej tu mowa przyjęła nas w swojej pracowni i pokazywała i cierpliwie odpowiadała na wszystkie zadawane pytania, a my jak to zwykle bywa znów narobiliśmy zamieszania. Tym razem prym w wygłupach wiódł Piotrek



Moje kochane Warszawskie Genealożki wraz z Rodzynkami:
Dziękuje Wam za to, że wytrwaliście do końca, pomimo, że tempo musiałam narzucić całkiem niezłe. Dziękuję, że nie daliście mi odczuć, że coś wam się nie podoba, że zawiedliście się, że coś...
Dziękuje Wam również za zdjęcia, które tu wykorzystałam, a autorów było tylu, ilu uczestników.
Mam nadzieję, że bawiliście się nie najgorzej i nikt nie nabawił się przeziębienia pomimo przemoczonych butów i konieczności zakupu skarpetek :) 





czwartek, 5 października 2017

Garść wspomnień ze Świdra

    Wiosną wspominałam o tym, że moi dziadkowie macierzyści mieszkali w pięknym domu w Świdrze koło Otwocka. Ulica wcześniej nazywała się Wiosenna, a po włączeniu Świdra do Otwocka nastąpiła zmiana nazwy na Heleny Marusarzówny. Długo nie wiedziałam kto to taki ta Helena, a to bardzo ciekawa postać. Była mistrzynią Polski w sportach narciarskich. Od początku II wojny Światowej czynnie działała w ruchu oporu, jako kurier przeprowadzała ludzi i przenosiła pocztę przez góry. Została schwytana przez żandarmów słowackich i przekazana w ręce gestapo, torturowana, nigdy nikogo nie zdradziła. Została stracona i tu są dwie wersje co dat i miejsca, w każdym razie był to rok 1941. Po wielu latach, w 1950 roku  została ekshumowana i pochowana na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem. Pośmiertnie została odznaczona Orderem Virtuti Militari oraz Krzyżem Walecznych. Jej imię nosi wiele ulic w różnych miastach Polski i wiele szkół.
    W moich wspomnieniach z tamtego czasu pozostały również spacery nad Świder i moczenie tyłka w wodzie. Jak wychodziłam zziębnięta, to babcia zawsze miała dla mnie bułkę z masłem i ogromnym pomidorem pokrojonym w wielkie plastry. Po drodze nad rzekę mijałyśmy lisią fermę, która było można wyczuć z daleka. Wracałyśmy zaś inną drogą, obok sanatorium. Za ogrodzeniem były takie wspaniałe jak na tamte czasy huśtawki i zjeżdżalnie. Czasami udawało się wejść przez jakąś dziurę w płocie i trochę pohuśtać. Dla mnie kilkuletniego dzieciaka to była ogromna frajda. Czasem nasze spacery były dłuższe i wędrowałyśmy w stronę Świdrów Wielkich, tam na pętli autobusowej był stragan z owocami. Prawie zawsze babcia kupowała mi wielgachną gruszkę klapsę, której sok ściekał po palcach, sukience i butach.Tuż przed pętlą był ośrodek wczasowy "Słoneczko", a obok bar pod parasolami "Słoneczny", w którym czasem kupowałyśmy jakiś obiad. Ostatnio na FB pojawiło się zdjęcie ośrodka, ożyły wspomnienia...



     Kawałek za obecnym rondem chodziłyśmy z babcią do rzeźnika po jakieś mięso. Podobało mi się, kiedy pan sprzedawca rąbał siekierką na takim dużym pniaku mięso z kością. W drodze powrotnej skręcałyśmy w ul Mieszka I, mniej więcej tu gdzie teraz jest jest Top Market, czy jakiś inny sklep była budka z lodami i jagodziankami. Oj pyszne były te smakołyki z dzieciństwa. Lody wkładane pomiędzy dwa wafelki, za chwilę ciekły tak samo jak wcześniejsza gruszka. Tuż obok w przepięknej przedwojennej willi w dużym ogrodzie była dość ekskluzywna restauracja Ambasadorska, kilka razy byłam w środku, ale nie wiele pamiętam. Obecnie cały ten teren należy do Zgromadzenia Sióstr Zakonnych. Z tego miejsca już całkiem niedaleko jest na ul Jodłową. I to o tej właśnie uliczce chciałam napisać, a raczej o kaplicy, która dawniej tutaj się znajdowała. To dość ważne miejsce w moim życiu. Tutaj brali ślub kościelny moi rodzice, a ja zostałam ochrzczona. A później często uczestniczyłam we mszach św. i innych nabożeństwach wraz z moją babcią. My dzieci zawsze stawaliśmy z przodu zaraz za plecami księdza, w czasie kazania wolno nam było przysiąść na dywanie na takim kilkucentymetrowym podwyższeniu.  Po prawej stronie kaplicy był boczny ołtarz, a przy nim skarbonka , taki murzynek kiwający główką jak się wrzuciło pieniążek. Po mszy zawsze kilkoro dzieci czekało w kolejce, żeby murzynek pokiwał główką. Po stronie lewej zaś stała fisharmonia na której organista grał pieśni kościelne. Lubiłam patrzeć na tą maszynerię, tyle tam było guziczków i przycisków, jedne należało wcisnąć inne wyciągnąć. To było o wiele ciekawsze niż modlitwa, czy kazanie. Po sąsiedzku z kaplicą było przedszkole prowadzone przez siostry zakonne. Lubiłam zaglądać przez płot, bo ciekawiło mnie jak dzieci się bawią. A przed bramą kościółka stał pan z odpustowymi świecidełkami dla dziewczynek i pistoletami na korki i kapiszony dla chłopców. Mnie zawsze ciekawiły te chłopięce zabawki, ale jakoś nigdy nie zostałam niczym takim obdarowana. Łatwiej było namówić babcię na mały pierścioneczek, czy zegarek na gumce z bransoletką z koralików. A te pierścionki takie były śliczne, złote z kolorowymi oczkami. Miałam szczupłe palce i prawie wszystkie mi spadały,  czasami pojawiały się takie regulowane, można było więc trochę zacisnąć i pierścionek nie spadał. Od czasu do czasu miałam kupione takie starodawne jojo, piłeczkę trocinową na gumce. Te piłeczki bywały w różnych kolorach, chciało się mieć wszystkie. Nie były zbyt trwałe, bo trociny były zawinięte w celofan ściśnięty gumką. Czasem udało mi się namówić babcię, czy mamę na kupno takie uroczego diabełka pokazującego język. Poniżej na zdjęciach można zobaczyć jakie to skarby fascynowały małą dziewczynkę. Zdjęcia zaczerpnięte z internetu.





    A później moi dziadkowie nie mieszkali już w Świdrze, tylko w Otwocku i już do innego kościoła chodziła moja babcia, a ja z nią. Próbowałam odszukać w internecie jakieś zdjęcia tej kaplicy, zamieściłam nawet anons na jednym z otwockich portali, na razie czekam. W naszej rodzinie nie było wiele zdjęć i z tego miejsca nie ma żadnego. Szkoda, że na stronie parafii jest mała notka o historii, a starych zdjęć nie ma wcale. Obecnie na terenie dawnej kaplicy jest plac zabaw pobliskiego przedszkola.

sobota, 23 września 2017

Koperty dowodowe cz 2

    W ostatnim poście o kopertach dowodowych pisałam, że będę składała kolejne wnioski i że złożyłam dwa: o swoją i mojej mamy kopertę dowodową. Nie minął tydzień od momentu złożenia wniosków, kiedy zadzwonił telefon i miła pani z urzędu na warszawskiej Woli poinformowała mnie, że mogę przyjechać i odebrać kserokopie, ale najpierw muszę uiścić opłatę w kasie w wysokości 31 zł od wniosku. Przyznaję, że jestem pod ogromnym wrażeniem, że można szybko i miło, bez odwlekania terminów i wymyślania dziwnych przeszkód obsłużyć petenta. Dziękuję. Moja kolekcja dokumentów powiększyła się o zawartość dwóch kopert dowodowych. I znów znalazłam zdjęcie, którego nie posiadałam, piękne zdjęcie mojej mamy z roku 1959. To tylko kserokopia, ale zawsze lepiej mieć takie niż żadne. Oprócz tego znalazła się metryka urodzenia i wyciąg aktu małżeństwa, kilka wniosków o dowód, kilka stron z jednego z dowodów osobistych. W mojej kopercie były tylko wnioski i kilka stron z dowodu. Przynajmniej wiem już teraz jakie zdjęcie miałam w tym pierwszym tymczasowym dowodzie osobistym, takim ślicznym czerwoniutkim, który miałam tylko dwa lata. No i ten młodzieżowy podpis nastolatki...Nie jest to może wiele, ale i tak warto było. Jeszcze raz dziękuję.

    Zupełnie inne doświadczenie przeżyłam składając wnioski o dokumentację moich dziadków macierzystych w jednej z podwarszawskich miejscowości. Celowo nie podaję nazwy miasta, choćby po to by Was nie zniechęcać. To urząd zupełnie nieprzyjazny interesantowi, dość trudno zorientować się, gdzie co się załatwia, brak ogólnej informacji, oraz biura podawczego w głównym budynku. Na poszczególnych budynkach, a naliczyłam cztery,  tabliczki niby są, ale mało szczegółowe. No nic, znalazłam wreszcie miejsce gdzie składa się wnioski o dowody osobiste, weszłam. Pani za ladą, nieco zdziwiona o co chodzi, stwierdziła, że to, czyli moje wnioski należy złożyć w jakimś tam pokoju przy wejściu. Stanęłam grzecznie w kolejce, czekam, biegnie pani zza lady i zaprasza mnie na chwilkę rozmowy z Panią Naczelnik. Wracam do pokoju od dowodów osobistych, Pani Naczelnik stoi uśmiechnięta i informuje mnie, że wniosek podlega opłacie. Odpowiadam, że wiem, ale opłatę uiszczę, o ile uda się owe koperty moich dziadków odszukać, gdyż w przeciwnym razie urząd jest zmuszony oddać mi wpłacone pieniądze, ponieważ dostępu do danych nie uzyskałam. Pani Naczelnik mówi, że opłatę należy wnieść przy składaniu wniosku. Odpowiadam pytając, co urząd zrobi, jeśli koperty nie zachowały się? Na co pada pytanie o jakich latach mówimy, Opowiadam w jakich to latach zmarli moi dziadkowie. Dyskusja była dość długa i trudno jest ją szczegółowo przytoczyć. Dowiedziałam się, że "tak starych" kopert dowodowych nie ma, że dokumentacja została "zmakulaturowana", że była w tej materii sprawa w sądzie. Poprosiłam o odpowiedź na piśmie z podaniem numeru zgody archiwum państwowego na brakowanie akt, czym mocno zdziwiłam Panią Naczelnik. No cóż odezwał się we mnie mój znak zodiaku, czyli rogaty Koziorożec, no i archiwista. Jestem uparta i nie dam się łatwo zbyć, a z racji zawodu znam i nazewnictwo i okres przechowywania dokumentacji i cały proces z tym związany.
Pożegnałam się grzecznie i poszłam do pokoju przy wejściu złożyć wniosek. Złożyłam, upomniałam się o potwierdzenie, znów musiałam wyjaśniać kwestię opłaty, że zapłacę, o ile dokumentacja zostanie odnaleziona.
    Ech, chyba to moje szczęście wyczerpało swój limit i tym razem ja też dostanę odpowiedź "nie, bo nie", albo epistołę na kilka stron z samymi paragrafami. W takim przypadku pozostanie mi pisać odwołanie.
    Mimo wszystko nie tracę nadziei, liczę na pozytywny finał. Niezależnie od wyników zapewne zechcę to opisać, o ile znajdą się chętni do czytania. A Wam poszukiwacze życzę samych sukcesów i powodzenia.

A teraz fotki z ostatnimi zdobyczami.




niedziela, 17 września 2017

Koperty dowodowe

    Na początku sierpnia w jednym z postów pisałam o kopercie dowodowej mojego ojca, cały tekst tutaj. Jednocześnie zapowiedziałam, że będę z zapałem zdobywać kolejne trofea, a to znaczy, że złożyłam wnioski o zawartość kopert moich dziadków ojczystych. Okazało się, że muszę trochę poczekać, bo owe koperty są w archiwum zakładowym urzędu, które znajduje się w pewnym oddaleniu od tegoż urzędu. Zważywszy na to, że był to sezon urlopowy, uzbroiłam się w cierpliwość i czekałam, do ubiegłego tygodnia. W poprzedni czwartek zadzwoniła do mnie przemiła pani z tegoż urzędu i powiadomiła, ze udało się odszukać koperty dowodowe moich dziadków, że pani już przygotowała kserokopie i że należy uiścić opłatę w wysokości 31 zł za jedną kopertę dowodową. Przelew zrobiłam niczym błyskawica, przesłałam e-mailem potwierdzenie. A wczoraj popędziłam na pocztę w nadziei, że to już. Nie sprawdzałam czy jest awizo w skrzynce, tylko biegiem na pocztę. Pani w okienku popatrzyła w monitor  i mówi: "tak mamy coś dla pani". Wyobrażacie sobie z jaką niecierpliwością czekałam na to, co tam jest. Jak już miałam kopertę w ręku, to z radości kilka razy podskoczyłam do góry. Zapewne zabawnie musiałam wyglądać, być może inni interesanci dziwnie się na mnie patrzyli, ale nie obchodziło mnie to. Najważniejsze było, żeby zajrzeć do środka i to jak najszybciej. Rozsiadłam się wygodnie na parapecie pocztowym, założyłam okulary i z namaszczeniem oglądałam kartka po kartce. Przypuszczam też, że minę miałam rozanieloną, wzrok błyszczący i zachłanny, co musiało dracznie wyglądać... A tam same skarby: ankiety do dowodów osobistych z 1952 i 1965 roku, ze zdjęciami i to takimi, których nikt w rodzinie nie miał, nie zachowała się ani jedna odbitka. Do tego wypisy aktów metrykalnych, karty meldunkowe, zgłoszenie zamieszkania  oraz zaświadczenie od sołtysa o posiadanej ilości ziemi. Ciekawa może być ilość wpisanych hektarów: 4,99. Mam wrażenie, że wielkość podana na kwicie świadczy o tym, że w tamtym czasie, a zaświadczenie jest z roku 1951, nie można było posiadać 5 i więcej hektarów, przynajmniej na papierze... W kopercie mojego dziadka jest również dość dziwne zaświadczenie z tartaku w Barlinku mówiące o zatrudnieniu. Zdaje się, że znalazło się ono przypadkowo ze względu na zbieżność imienia i nazwiska, data urodzenia jest zupełnie inna. Ów pracownik tartaku był znacznie młodszy od mojego dziadka, a niewiele starszy od mojego taty. Wynika z tego, że nawet kiedyś urzędnicy się mylili.
   Pewnie będę te papierki przeglądać i głaskać jeszcze wiele razy, żeby się nacieszyć.
I znów koleżanki będą mówić, że jestem szczęściarą, tak jestem :)  Sami zobaczcie:









 Ostatnie zdjęcie to jest to dziwne, cudze zaświadczenie


    Od razu dostałam jakiegoś przyśpieszenia i złożyłam kolejne wnioski o udostępnienie kopert dowodowych. Tym razem odbyło się to w Warszawie, na Woli i dotyczyło koperty mojej mamy i mojej własnej. Po co mi moja koperta? Otóż dawno temu miałam taki śliczny, czerwoniutki tymczasowy dowód osobisty, ale kompletnie nie pamiętam jakie tam było zdjęcie. Taki dowód był w tamtych czasach potrzebny przy wyjazdach do krajów bloku socjalistycznego, a jeździło się wtedy i do Bułgarii i na Węgry, czy do Czechosłowacji, (tak tak było takie państwo). Mam nadzieję, że uda mi się i tą zagadkę rozwiązać i znów zobaczę swoje dawne zdjęcie, może też swój nastoletni podpis, a może jeszcze coś interesującego, czego wcale się nie spodziewam?  Ciekawe ile czasu będę czekać?
    Oczywiście od razu zaplanowałam sobie kolejne składanie wniosków, kolejno dziadków ze strony mamy oraz teściów. A później pozostaną mi wnioski o koperty dowodowe dziadków męża.
    Wszystkim zainteresowanym formularzem potrzebnym do wypełnienia wniosku polecam stronę MSWiA.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Kolejna część wycieczki po Węgrowie

    Ponieważ wcześniejszy mój post o Węgrowie spotkał się ze sporym zainteresowaniem, (pomimo wakacji i okresu urlopowego), co dało się zauważyć i w e-mailach i w komentarzach na facebooku oraz w prywatnych rozmowach, a także w ilości wyświetleń,  postanowiłam wrzucić jeszcze kilka zdjęć, które nie znalazły się w poprzednim wpisie. Być może zachęcą one do odwiedzenia miasteczka znajdującego się na trakcie Wielkiego Gościńca Litewskiego. Tak tak, Węgrów leży na tym trakcie. A cóż to takiego ten gościniec? To taki szlak handlowo pocztowy łączący dawniej Warszawę z Wilnem. Zaczynał się w Sulejówku, przez Okuniew, Stanisławów, Dobre, Liw, Węgrów, Sokołów Podlaski, tutaj dzielił się na dwie odnogi, jedna prowadziła przez Drohiczyn, druga przez Ciechanowiec, Brańsk, Białystok (zainteresowany znajdzie szczegóły trasy). Sporo informacji można znaleźć w internecie, również na facebooku jest fanpage, gdzie warto zajrzeć.
    Należy także wspomnieć, że w XVII i XVIII wieku Węgrów licznie odwiedzali i zamieszkiwali kupcy i rzemieślnicy szkoccy. Pozostałością po nich jest kościółek ewangelicki i cmentarz. Kontynuowane są tradycje tkackie, najpierw przez Cepelię, a obecnie przez kilka tkaczek, w tym przez moją Małgosię.
    Jest w Węgrowie jeszcze jedno ciekawe, a zarazem urokliwe miejsce. To Zalew nad Liwcem, znajdziemy tu wiele atrakcji zarówno dla dzieci (plac zabaw), jak i dla dorosłych (stanowiska wędkarskie, wypożyczalnia sprzętu wodnego, wake-park). Nad zalewem czasem ćwiczą lub mają zawody strażacy z OSP.
Znad Zalewu Węgrowskiego już jest bardzo blisko do wioski o nazwie Krypy, a tutaj urodziła się i mieszkała żona byłego prezydenta pani Danuta Wałęsa.

A teraz kilka fotek z Węgrowa:

Dwa zdjęcia poniżej pokazują dawny budynek katowni UB od strony dziedzińca. To tutaj był przetrzymywany brat mojego dziadka.



Ta stara pompa stoi obok klasztoru. Podobna była kiedyś w Ruchnie, na placyku w sąsiedztwie obecnej siedziby OSP. (Może ktoś z czytających ma jej zdjęcie?)


Boczna furka cmentarna ma dość ciekawe tablice




A to drzwi jednego z domów przy ul Kościuszki, pewnie długo już tu nie pobędą...


Drewniana zabudowa ul Kosciuszki


A poniżej Dom Rabina przy ul Zwycięstwa w zimowej scenerii.



Węgrowski Rynek zimą również pięknie wygląda. Na pierwszym zdjęciu po prawej stronie widzimy Dom Gdański , w którym jest biblioteka. Na drugim zdjęciu jest jeden z budynków Urzędu Miasta.




Dwa kolejne zdjęcia pokazują zrujnowaną kamienicę przy Rynku od strony podwórza, trochę żal...



Na zakończenie kilka fotek nagrobków z cmentarza ewangelickiego. Zdjęcia zrobione wiosną.



    Okazuje się, że jeszcze nie zrobiłam zdjęć wszystkich ciekawych miejsc. Brakuje mi z tego cmentarza fotek nagrobków z czaszkami. Powinnam też sfotografować kamień z krzyżem powstańców 1863, który został przetransportowany z lasów rucheńskich (co było ogromnym wyzwaniem). Nie mam też zdjęć znad Zalewu. Kolejna wycieczka jest obowiązkowa. :) Niedługo...