poniedziałek, 20 maja 2019

Odsłonięcie pomnika w Ruchnie

   

    W ostatnią niedzielę, tj 19 maja 2019 roku miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w niezwykłym wydarzeniu jakim było odsłonięcie pomnika 100 lecia Odzyskania Niepodległości w Ruchnie.
    Pomnik powstał z inicjatywy mieszkańców Ruchny i Ruchenki, którzy pragnęli uczcić swoich mieszkańców. Autorem projektu jest białoruski artysta Aleksiej Pawluczuk.
    Sam monument znajduje się w pobliżu szkoły podstawowej, a tworzą go dwie płyty granitowe, czerwona i biała. Na czerwonej części zobaczymy połamane skrzydło orła, co symbolizuje zniewolenie przez zaborców. Natomiast białą płytę wieńczy dumny biały orzeł z rozpostartym skrzydłem, oznaką Niepodległości. Na pomniku są również umieszczone daty rozbiorów 1772, 1792, 1795 oraz rok 1918, czyli data odzyskania Niepodległości. W dolnej części widzimy trzy krzyże, które oznaczają walkę we wszystkich powstaniach. Tuż obok głównej bryły znajduje się granitowy klocek  ze złotą tablicą, na której wyryte są imiona i nazwiska 42 zasłużonych mieszkańców Ruchny i Ruchenki. Jednym z nich jest mój dziadek Lucjan Rychlik, o którym już kiedyś wspominałam nieco, jednak w przyszłości chcę jeszcze napisać więcej.
    Sama uroczystość rozpoczęła się w kościele w Ruchnie występem artystycznym przygotowanym przez uczniów miejscowej szkoły. Była to wiązanka pieśni i wierszy patriotycznych przepleciona historyczną opowieścią. Dzieci i młodzież występowały tak pięknie i przejmująco, że kilkakrotnie ocierałam oczy. Jakoś tak szybko zwilgotniały...
Następnie proboszcz odprawił mszę świętą, a po jej zakończeniu wszyscy uczestnicy w asyście sześciu pocztów sztandarowych  wraz z Orkiestrą Dętą z Liwa oraz grupą strzelców z klasy mundurowej w Węgrowie, a także strażakami z OSP przemaszerowali w pobliże szkoły podstawowej, gdzie nastąpiły dalsze uroczystości. Gościem honorowym była wicemarszałek Senatu Maria Koc, która przyjęła meldunek od mł brygadiera  Dariusza Solki, a następnie jako jedna z czterech osób osłoniła pomnik. Następnie pomnik został poświęcony przez miejscowego proboszcza i zaczęły się trochę przydługie przemówienia wszystkich oficjeli i składanie kwiatów. Niezwykle ciekawie o każdej z osób wymienionej na pomniku opowiadała pani dyrektor Biblioteki Miejskiej w Węgrowie. Na zakończenie wystąpiły dzieci w przepięknym tańcu z wykorzystaniem flag.
    Także Małgosia, o której już tu pisałam również uczciła mieszkańców Ruchny i wytkała piękny dywan z pomnikiem.



    Jak ktoś ciekawy, to w internecie jest kilka artykułów na ten temat:
http://podlasie24.pl/wegrow/region/-odslonieto-pomnik-niepodleglosci-w-ruchnie-2a371.html

https://www.tygodniksiedlecki.com/g51376-odsloniecie.pomnika.niepodleglosci.w.ruchnie-127684-1.htm#big-img-jump-to

http://www.mobile.wegrow.com.pl/index.php/aktualnosc-2-4433-
odsloniecie_pomnika_niepodleglosci_w.html


    Obchody nieco przyćmiła żałoba wprowadzona przez wójta gminy Liw, z powodu tragicznej śmierci w wypadku samochodowym czterech mieszkańców gminy.

    Poniżej kilka zdjęć od Piotra Rychlika, bratanka mojego dziadka, o którym już kiedyś wspominałam.
















 




piątek, 8 marca 2019

Historia jednego zdjęcia i co z tego wynikło.

    Dwa lata temu na popularnym portalu społecznościowym wkleiłam bardzo zniszczone zdjęcie z prośbą o rekonstrukcję. Bardzo szybko uzyskałam pomoc nieocenionej Joli Lipińskiej i można było już coś zobaczyć. Jednak nawet Joli nie udało się nic poradzić, gdyż jedna z osób, jak do tej pory nieznany mężczyzna nie miał głowy. Trudno było cokolwiek poprawiać, bo nie było kompletnie nic. Postać kończyła się na kołnierzyku od koszuli. Kobieta obok również nie miała kawałka twarzy.

Sami zobaczcie




Dzięki pracy Joli zdjęcie wyglądało tak:



    Pod postem z tymi zdjęciami pojawiło się kilka komentarzy, między innymi mój mówiący o tym że głowę mężczyzny można wstawić dowolną, lub sobie dorysować, bo  ciężko się jest domyślać kto tu  może być.
    Dzięki rekonstrukcji udało mi się rozpoznać na tym zdjęciu moją babcię macierzystą Franciszkę, to ta najmłodsza dziewczynka, obok niej stoi jej brat Wacław, a obok Wacka, po lewej stronie zdjęcia ich siostra Rozalia. Pozostałe osoby są mi kompletnie nieznane, a najbardziej intrygujące okazało się dziecko na marach. Nic nie wiedziałam o zmarłym rodzeństwie mojej babci. Przeszukiwanie metryk i różnych baz genealogicznych nie przyniosło rezultatu. Prawdopodobnie źle szukałam.
Zastanawiałam się jedynie czy młoda kobieta stojąca za moją babcią, to może być druga żona mojego pradziadka Zofia z Olszewskich. Pisałam o niej tutaj.

    Minęły dwa lata i jedna z użytkowniczek tego portalu odkopała to zdjęcie i zamieściła komentarz, w którym napisała, że można by owego mężczyznę całkiem zaciemnić, tak jakby tam nikogo nie było. Pomysł może być ciekawy, jednak ja wolę to zdjęcie takie jakie jest, przynajmniej wiadomo, że ktoś jeszcze na tym zdjęciu był. Dosłownie po kilkunastu minutach pojawił się komentarz Joanny Dudy, w którym napisała że ma takie samo zdjęcie, tylko zniszczony jest dół fotografii. Rozpoczęło się komentowanie, wymiana e maili i messengerów. Łącza były gorące, a ja w ogromnych emocjach. 
Otrzymałam to drugie zdjęcie, zniszczone okrutnie, ale przynajmniej mężczyzna miał chociaż trochę głowy. 



    I znów pojawiła się niezastąpiona Jola Lipińska i zaoferowała pomoc w połączeniu fotografii. Z dwóch w bardzo złym stanie i nędznie wyglądających fotografii zrobiła jedną całkiem zgrabną.
Teraz mamy już mężczyznę razem z głową :)  Jednak jego tożsamość pozostaje tajemnicą.


    Nadal nie wiedziałam kim jest  owo dzieciątko na marach. Tutaj z pomocą przyszła Joanna Duda i dzięki niej wiem, że jest to Boluś Padzik, najstarszy syn mojego pradziadka z jego drugą żoną Zofią. Tym samym mamy datowanie zdjęcia, dziecko urodziło się 1915 roku w Kiczkach i zaraz potem zmarło, moja babcia miała wtedy sześć lat.
    Zofia z Olszewskich była najstarsza z dziewiątki rodzeństwa. Jej rodzicami byli Paweł Olszewski i Józefa z Siankowskich. Gniazdo tej rodziny to Kiczki, tu rodziła się i mieszkała cała gromadka Olszewskich.
    A kim jest Joanna Duda? to potomkini brata Zofii z Olszewskich, macochy mojej prababci, Wacława Olszewskiego. Do tej pory nie znałam tej części rodziny, kontakty zostały zerwane dawno dawno temu. Okazuje się, że Asia i jej wujek Krzysztof Kozak, również potomek brata Zofii Wacława, z ogromnym zapałem poszukują historii rodzinnych, zbierają metryki i zdjęcia, biegają po cmentarzach. Czyli tacy sami pasjonaci jak ja.
Smaczku dodaje fakt, że pojawił się trzeci Wacław w rodzinie. A właściwie w życiu mojej babci był drugim Wacławem. Dla tych, którzy nie pamiętają lub nie czytali to przypomnę, że o jednym z Wacków pisałam tutaj.
    I tak oto, jedno zdjęcie wrzucone do internetu dwa lata temu pomogło w odnalezieniu się dwóch  spowinowaconych rodzin. 
    Być może kiedyś wspólnie rozpoznamy pozostałe osoby z fotografii. 


   

środa, 12 grudnia 2018

Skarb w Ruchnie

    Wczoraj otrzymałam cudną wiadomość na messenger, że stara remiza w Ruchnie koło Węgrowa została rozebrana i że znaleziono tzw kapsułę czasu, taki list w butelce. Zaczęłam drążyć, kto? co? gdzie to jest? Pierwsza myśl i trafione w dziesiątkę. Kto może wiedzieć coś na temat rozbiórki remizy OSP? Oczywiście, że Piotr Rychlik, syn najmłodszego brata mojego dziadka Lucjana, brat Małgosi, wnuk Józefa, który zakładał straż ogniową we wsi. Dlaczego Piotr? ano dlatego, że po pierwsze był wnukiem swojego dziadka, po drugie jego tata Zygmunt, czyli brat mojego dziadka również działał w OSP Ruchna, po trzecie Piotr, jego bracia i synowie to także członkowie OSP, a sam Piotr był tam przez 20 lat prezesem czy jak to się nazywa, po czwarte mieszka tuż tuż obok dawnej remizy, po piąte aktywnie działa na rzecz wsi i jego mieszkańców. To między innymi z inicjatywy  i ciężkiej pracy Piotra wybudowano kilka lat temu kościół, a blisko 30 lat temu angażował się jak mało kto, przy budowie nowej remizy. Ponieważ kościół powstawał w miejscu dawnego sklepiku (ten został rozebrany przed budową), działki prywatnej oraz placu OSP,  tymczasową rolę kaplicy przejęła dawna drewniana remiza. Po zakończeniu budowy kościoła, budynek  remizy stał pusty, aż wreszcie przyszedł czas na uporządkowanie terenu wokół świątyni. Rozebrano dach, deski, fundamenty. A Piotr się uparł, że tam musi coś być, może słyszał opowieści taty? Pół wsi się śmiało, że grzebie, że szuka, a tam przecież nic nie ma. Ale on się nie poddawał, szukał. Specjalnie na czas rozbiórki wziął urlop z pracy, żeby doglądać. Wreszcie jest, znalazło się, tuż obok pamiątkowego kamienia węgielnego z datą... potłuczone szkło. Tutaj nadszedł niewielki kryzys, ale przecież tradycje rodzinne i nazwisko zobowiązują, udało się Piotr odnalazł, to czego szukał. W gruzach leżała zrolowana, zakurzona szmatka. Gdyby nie dociekliwość i upór Piotra to ten skarb przepadłby na zawsze gdzieś na gruzowisku. Jak mówi jego syn Łukasz, "cieszył się jak dziecko", "przeżywał jak stonka wykopki". Szkoda, że nikt nie zrobił mu w tym momencie zdjęcia :)
    A co zawierała kapsuła czasu? Zwitek płótna z wypisanym pięknym pismem aktem erekcyjnym. Płótno jest dość szerokie, nie bardzo można zrobić dobry skan.





Mieszkańcy wsi i folwarku Ruchna w dziesięcioletnią rocznicę Zmartwychpowstania Polski dla
uczczenia dnia radosnego dla każdego serca polskiego złożyli kamień węgielny pod szopę Straży
Ochotniczej Rucheńskiej.
Działo się to za rządów ulubionego przez rolników Prezydenta
Rzeczpospolitej Polski profesora Ignacego Mościckiego
I-go Marszałka Polski                  Józefa Piłsudzkiego (z zamiast s)
Premiera rządu profesora             Kazimierza Bartla
Wojewody Lubelskiego                Antoniego Remiszewskiego
Starosty Powiatu Węgrowskiego  Dr. Mieczysława Lutmana
Poświęcenia dokonał Ksiądz Jan Jakubik
w obecności zarządu Straży   Józefa Neymana - prezesa
                                                 Rajmunda Pomianowskiego - viceprezesa
                                                 Jana Brzozowskiego - skarbnika
                                                 Aleksandra Wintocha - sekretarza
                                                 Józefa syna Feliksa Solki - naczelnika
oraz licznie zebranych mieszkańców
    Ruchna 11 listopada 1928 roku

    Minęło dokładnie 90 lat i miesiąc. Wspaniała pamiątka na uczczenie 100 lecia Odzyskania Niepodległości.

    Teraz trzeba będzie znalezisko zabezpieczyć w sposób profesjonalny, żeby przetrwało kolejne lata i sprawiało radość następnym pokoleniom.
.
    A dla mnie to taki prezent od przodków na Gwiazdkę. Ja również cieszyłam się jak małe dziecko. Czułam się tak, jakbym sama grzebała na tym gruzowisku i odnalazła skarb. To takie nasze dziedzictwo, a Piotr jest jego strażnikiem.
Jestem bardzo dumna, że mam taką wspaniałą rodzinę.

A z tą rozebraną remizą mam całkiem miłe wspomnienia. Jako nastoletnia dziewczyna często wakacje spędzałam u dziadków, a w remizie w soboty odbywały się zabawy. Można było się wyskakać za wszystkie czasy :)

Bardzo dziękuję Andrzejowi Wintochowi za informację o znalezisku oraz Łukaszowi Rychlikowi za zdjęcia i tysiące wiadomości.

niedziela, 9 grudnia 2018

Powiększanie księgozbioru

    Podczas mojej ostatniej wizyty w Węgrowie we wrześniu 2018 roku kupiłam kilka książek w księgarni na Rynku. Zaglądam tam przy każdej nadarzającej się okazji. Wszystkie nabyte pozycje dotyczyły Węgrowa i jego mieszkańców.
Były to trzy albumy z serii Węgrowianie: 
-" Alter Szpilman" Małgorzaty Piórkowskiej i Rafała Dmowskiego
- "Seweryn Klemm" Zbigniewa Markerta
-"Adam Szymański Matka (Pani Kozłowska) Szkic z cyklu "Rok 1863
Czwartego albumu z tej serii "Leonard Kędziora "Kędziorek""Małgorzaty Piórkowskiej już nie było, wyprzedany, może następnym razem uzupełnię. Liczę również na kolejne o innych mieszkańcach. 
"Moja dekada"Wojciecha Żagana (do tej muszę zajrzeć, czeka w kolejce).
"Węgrowskie obrazy Szymona Czechowicza" Małgorzaty Konopińskiej (z autorką  jesteśmy spokrewnione, mamy wspólnych pradziadków. Tutaj poczytacie o dziadku  Małgosi, a tutaj o naszym wspólnym pradziadku.
"Węgrów historia obecności" Violetty Nowakowskiej - ciekawie napisane wspomnienia i tęsknota autorki za miastem dzieciństwa. Wiele osób odnajdzie tu swoich bliskich lub sąsiadów.
    Przy okazji wizyty w Węgrowie odwiedziłam tutejsze Liceum Ogólnokształcące, które właśnie obchodziło jubileusz 100 lecia i z tej okazji wydało własną publikację. Odnalazłam w niej wielu członków rodziny jako absolwentów.
   
    Mniej więcej miesiąc temu moja biblioteczka powiększyła się o kolejne książki dotyczące Węgrowa. Córka mojego chrzestnego, Ewa przywiozła mi cudeńka "Żołnierze nieodległości Bohaterowie ziemi węgrowskiej w walkach o niepodległość 1939-1952" Małgorzaty Piórkowskiej, a także jeszcze jedną publikację tej samej autorki "Sprawiedliwi i ocaleni Mieszkańcy Węgrowa i okolic pomagający Żydom w latach okupacji hitlerowskiej".
    Dlaczego napisałam, że to cudeńka? Otóż  "Żołnierze niepodległości" to zbiór biogramów, w których znalazłam swojego dziadka i jeszcze kilku mieszkańców Ruchny. Jak dobrze poszukam, to jeszcze znajdę innych członków rodziny.
Natomiast w książce "Sprawiedliwi i ocaleni" przytoczone są wspomnienia Haliny Krochmal, córki brata mojego dziadka. Znalazły się również wzmianki o rodzinie Korczaków z Zająca. Tą linię dopiero będę badać, nie mam pewności co to powiązań. 
    Dosłownie kilka dni temu od nieznajomego mi Pana Daniela Paczkowskiego otrzymałam skan z Gazety  Świątecznej nr 41 z roku 1889, w której możemy przeczytać, że 19 letni młodzieniec z Ruchny o nazwisku Rychlik utopił się w Liwcu. Nie wiem, czy to osoba z rodziny? Musze poszukać w archiwach, popytać...to dopiero przede mną.
    Razem z książkami, które posiadałam już wcześniej utworzyła się potężna półka regionaliów węgrowskich. Zapytacie co mam jeszcze? Proszę bardzo:
"Cuda Węgrowa",  "Węgrów miasto moje, a w nim...", "Strażacy ziemi węgrowskiej",  "Powiat węgrowski kraina znad Liwca",  "Węgrów-dzieje miasta i okolic w latach 1441-1944", "Węgrów-dzieje miasta i okolic" (obejmuje lata późniejsze do teraźniejszości), "Węgrowskie klimaty" Michała Kurca,  "Małgorzata Pepłowska" Danuty Grodzkiej - Wojdyny,  "100 spotkań z historią chłopcy tamtych dni" Sławomira Kordaczuka, a także dwa wcześniejsze wydawnictwa Liceum Ogólnokształcącego z okazji 75 i 90 lecia.




    Poszukuję "Ziemia Liwska" oraz "Szlachta Ziemi Liwskiej" Leszka Zalewskiego w wersji papierowej, może komuś gdzieś zalega i chciałby się pozbyć.
    Znalazłam na allegro "100 spotkań z historią chłopcy tamtych dni" cz 2 Sławomira Kordaczuka w wersji papierowej. Mam pobrane i wydrukowane z biblioteki cyfrowej, ale to nie to samo. Zamówiłam u Mikołaja, może będzie tak dobry i przyniesie?

Bardzo dziękuję panu Danielowi Paczkowskiemu za bezinteresowne podzielenie się artykułem z gazety, Ewie Wolskiej za zdobycie i przydźwiganie książek.

sobota, 24 listopada 2018

Jeszcze raz o Deklaracji o Podziwie i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych

        Mniej więcej rok temu pisałam o  Deklaracji o Podziwie i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych  i prezentowałam wtedy zdjęcia stron ze szkoły w Ruchnie, z podpisem mojego dziadka ojczystego i jeszcze kilku osób z rodziny Rychlików.
    Ponieważ wciąż jestem zafascynowana ową Deklaracją, co jakiś czas zaglądam na jej karty w poszukiwaniu czegoś, co być może ominęłam, albo nie zauważyłam.
    Wiedziałam wcześniej, że moja babcia macierzysta ukończyła szkołę podstawową (a przed wojną szkołę powszechną) w Mińsku Mazowieckim im Dąbrówki, ponieważ w rodzinnych szpargałach zachowało się takie zaświadczenie:


    Zaświadczenie jest wydane w 1951 roku, ale mówi o tym iż babcia ukończyła szkołę w roku 1927, co świadczy o tym, że w roku 1926, czyli roku podpisywania owej Deklaracji do szkoły jeszcze chodziła. Musiałam trochę poszperać na stronach Deklaracji, gdyż przed II Wojną Światową szkoła nie miała jeszcze imienia i figuruje jako 7 klasowa szkoła żeńska. Udało się i odnalazłam, na pierwszej stronie w jednej linijce jest napisane Fr., a w kolejnej Padzikówna. Natomiast na drugiej stronie jest H. Padzikówna, to młodsza siostra babci Helena. Starsze rodzeństwo babci już ukończyło szkołę powszechną, nie udało mi się odnaleźć ich podpisów w innych szkołach w Mińsku i okolicy. Brat babci Wacław, pewnie już wtedy uczył się w preparandzie nauczycielskiej, a o siostrze Rozalii nic nie wiem...
    Jest też na pierwszej stronie A. Padzikówna, a na drugiej  C. Padzikówna i J. Padzikówna, jednak nie udało mi się dowiedzieć kto to jest. Nazwisko Padzik jest dość powszechne w Mińsku i jego okolicach.






Jeśli jeszcze nie korzystaliście z tego źródła, to zachęcam. Wspaniałe jest móc zobaczyć podpis swojego przodka jako ucznia w szkole. A może odnajdziecie swoich bliskich jako urzędników jakiś instytucji? Naprawdę warto poszperać.

środa, 29 sierpnia 2018

Wacław, a właściwie Wacławów dwóch...

     W życiu mojej babci macierzystej Franciszki z domu Padzik stale obecny był jakiś Wacław. Pierwszym był brat, a drugim mąż. O tym drugim to może kiedyś w przyszłości, bo jak wiadomo obowiązuje jakaś kolejność. Zatem dzisiaj będzie o Wacławie Padziku bracie babci, ur 22.10. 1905 roku w Kędzieraku (obecnie dzielnica Mińska Mazowieckiego).
    Jak wiadomo z wcześniejszych postów czytaj i czytaj moja prababcia Aleksandra wcześnie zmarła i osierociła czwórkę dzieci, w tym moją babcię i  babci brata Wacława. Pradziadek szybko postarał się o macochę dla swoich dzieci. Nowa mama nie była zbyt łaskawa dla przysposobionych dzieci, które od wczesnego dzieciństwa musiały pracować w polu, pomagać w gospodarstwie. Wszystkie dzieci uczyły się dobrze i prawdopodobnie dlatego Wacław postanowił ukończyć Preparandę Nauczycielską w Hucie Mińskiej, w roku 1922, a następnie Państwowe Seminarium Nauczycielskie Męskie im Konarskiego w Warszawie ul Krakowskie Przedmieście 36, które ukończył w roku 1928.     Preparanda W Hucie Mińskiej podlegała pod Kuratorium Okręgu Szkolnego w Warszawie, a kierownikami w początkach lat dwudziestych  XX w byli Franciszek Modliński i Marian Ośko. Seminarium Męskie w Warszawie powstało w roku 1906. Początkowo były to prywatne kursy dla nauczycieli. Przekształcone następnie w Seminarium i upaństwowione w roku 1918. Ciekawostką może być fakt, że w tym samym budynku, mieściło się wcześniej Seminarium Żeńskie, do którego uczęszczała Maria Curie Skłodowska.


Krakowskie Przemieście z Kościołem Wizytek. Po lewej widać kamienicę, w której mieściło się seminarium

    Po ukończeniu Seminarium w roku 1928 Wacław Padzik odbył czynną służbę wojskową w Podchorążówce rezerwy w Jarocinie. W grudniu 1929 r zaczął pracować w Powszechnej Szkole Publicznej 165 przy ul Chłodnej 11 jako nauczyciel matematyki. Pod tym adresem mieściło się jeszcze kilka innych szkół: 7, 19, 23, 72, 154. Była to szkoła siedmioklasowa, męska, język nauczania polski. Szkoła zajmowała wynajmowane budynki o łącznej powierzchni 1945 m2, i posiadała 14 sal lekcyjnych. W grudniu 1930 roku uczęszczało do niej 589 uczniów, których uczyło 16 nauczycieli. 1 stycznia 1932 brat babci został mianowany podporucznikiem rezerwy, natomiast 28 grudnia ożenił się z Zofią z Wróblewskich, późniejszą  Panią Padzikową. Małżonkowie doczekali dwóch synów ur 1933 oraz 1937. Obydwaj już nie żyją. Wraz z wybuchem II wojny Światowej Wacław został zmobilizowany i wraz z oddziałem przekroczył granicę litewską, gdzie został internowany. W lipcu 1940 roku został przewieziony do Kozielska, a następnie do Grazowca, skąd w sierpniu 1941 roku został powołany do Polskich Sił Zbrojnych na terenie Związku Radzieckiego. W marcu 1942 roku wraz z oddziałem przekroczył granicę perską i został przydzielony do I Junackiej Szkoły Mechanicznej w Egipcie, gdzie początkowo pracował jako nauczyciel, a następnie został dowódcą kompanii junaków, a na koniec został adiutantem. W lipcu 1947 wraz ze szkołą przybył do Anglii. W dniu 10 czerwca 1948 roku powrócił do Polski, a od 1 stycznia rozpoczął pracę w szkole podstawowej nr 115 w Warszawie. Zmarł 7 września 1960 roku. Niestety nie dane mi było poznać brata mojej babci, zmarł przed moim urodzeniem.

    Tak Wacława Padzika wspomina jeden z jego uczniów:
    "Panią Padzikową pamiętam dobrze, choć nie była moją nauczycielką, ale często bywała w naszej klasie na zastępstwie. Natomiast jej mąż Wacław Padzik był moim znakomitym nauczycielem matematyki i geometrii - wspaniały człowiek i pedagog...do dziś pamiętam Jego..."ostrym końcem cyrkla kreślimy okrąg...itd"- niestety tylko dobra znajomość matematyki ratowała mnie, bo z geometrii padało sakramentalne i słuszne -"siadaj ośle", ale pana Padzika lubiliśmy, bardzo uczciwy nauczyciel"
    Tyle z forum na NK, po tylu latach mało uczniów pamięta dawnego nauczyciela, a Ci co pamiętają, to mało korzystają z komputerów.
Ten sam uczeń, który pisał powyższy tekst przysłał również do mnie prywatnego mejla, którego fragmenty tutaj zacytuję:
    "Kierowniczką szkoły była wtedy dzisiejsza patronka i między innymi moja nauczycielka pani Wanda Turowska, która była sanitariuszką w Powstaniu Warszawskim. W szkole zbierała nauczycieli z wojennego pokolenia, których i kierowniczka i my uczniowie darzyliśmy wielkim szacunkiem.
Dla przykładu mój nauczyciel matematyki pan Padzik prowadził również geometrię (były to dwie inne lekcje, ale pod wspólną oceną). Z geometrii byłem "noga stołowa" - nie lubiłem tego przedmiotu i pan Padzik nie miał problemów przy ocenie mych odpowiedzi. Sprytem udawało mi się odpowiadać z geometrii tylko dwa razy na całe lata podstawówki. Pamiętam ..."siadaj ośle"... ulubione powiedzenie pana Padzika do wszystkich którzy ..."nie wiedzieli co bredzą"... Za to z matematyki byłem dobry, zawsze na początku kwartału zgłaszałem się do odpowiedzi, a także klasówki dawały mi komfort dobrych ocen i nawet jak z geometrii byłem osłem, to suma stopni zapewniała m spokój. To byli nauczyciele "starej daty", których z rozrzewnieniem i szacunkiem wspomina się do dziś.  Ulubionym określeniem pana Padzika było: "ostrą nóżką cyrkla kreślimy okrąg", to przy rysowaniu koła na tablicy. Dobrych nauczycieli pamięta się nawet po 60 latach."


Wacław z uczniami



Wacław z moją babcią, swoimi synami i córkami babci

     Uzupełnić należy , że Wacław wraz z żoną i synami mieszkali w Konstancinie Jeziorna w willi Janówka, wybudowanej przez rodziców Zofii jeszcze przed wojną. Po wyzwoleniu dokwaterowano rozmaitych lokatorów. Może kiedyś opisze perypetie rodzinne związane z posiadłością. Obecnie dom wraz z ogrodem nie jest już w rękach rodziny.
I to by było na tyle, może kiedyś uda mi się zdobyć więcej zdjęć i informacji o bracie babci.Cudowne jest to, ze wszyscy wspominali go jako osobę dobrą, ciepłą, rodzinną. Dla mnie to nic dziwnego, babcia Franciszka również taka była..

Dziękuję Mariuszowi Momontowi za informacje dotyczące szkół i uczniowi Wacława panu Kazimierzowi Wijata za wspomnienia.


niedziela, 18 lutego 2018

Józef Kochański, chrzestny mojej mamy.





    Józef Kochański ur 04.07.1901 w Wielączy zm. 20.03.1947 roku w Otwocku. Pochowany na otwockim cmentarzu blisko głównej bramy.
    O samym Józefie wiem mało. Był pierwszym mężem Heleny, siostry mojej babci macierzystej. Razem mieli dwie córki Basię  i Halinę. Ale nie cieszyli się długo sobą, bo Józef zaczął chorować i Helena wcześnie została wdową. Później ponownie wyszła za mąż, ale ja nie niej, a o Józefie.
    W rodzinnych zbiorach zachowało się jedno zdjęcie ze szczęśliwych czasów, przypuszczam, że jest wykonane gdzieś w Świdrze.


    Józef Kochański był muzykiem i nauczycielem. Grał na skrzypcach i po jego śmierci owe skrzypce zostały podarowane mojej mamie, chrześnicy Józefa.
O chrzestnej mojej mamy pisałam całkiem niedawno w poście Pani Padzikowa. Ogromnie żałuję, że nie mam wspólnego zdjęcia całej trojki, jednak takie to były czasy, że zdjęć robiono mało.
Próbowałam przeszukać internet, jednak z mizernym skutkiem. Znalazłam kilku Kochańskich, również muzyków, sporo jest o braciach Pawle również skrzypku i Elim wiolonczeliście, a także o  Wacławie Romualdzie Kochańskim również skrzypku. Na razie nie znalazłam powiązań. Może nie przyłożyłam się za bardzo...
    Dzięki internetowi wiem nieco więcej na temat szkoły, którą Józef uruchamiał tuż po wojnie w 1945, uczył w niej, a także przez krótki czas był kierownikiem (dyrektorów wtedy nie było).
    Szkoła początkowo była umiejscowiona w przepięknej willi o nazwie Martynówka przy ul Kraszewskiego 101. 

Dzięki zbiorom z archiwum domowego pani Ewy Simoni możemy zobaczyć jak owa szkoła wyglądała w czasach Józefa:


W zbiorach pana Macieja Woźniaka znajduje się ciekawy przedwojenny rysunek szkoły wykonany przez ucznia tej szkoły:



a także ciekawe zdjęcie grona nauczycielskiego wraz z garstką uczniów, zapewne prymusów, bądź dzieci nauczycieli.



    Na stronie internetowej szkoły w zakładce historia możemy wyczytać, że w roku 1918 w Willach Świderskich otworzono jednoklasową szkołę podstawową, a w roku 1922 szkoła zmieniła siedzibę na tą właśnie w willi Martynówka. Szkoła w tym miejscu była już sześcioklasowa i znajdowała się tu do roku 1948. Uczęszczało do niej 250 uczniów.  Wynika z tego, że szkoła we wrześniu powinna obchodzić stulecie, tak samo jak nasze państwo Niepodległość. Ciekawe czy przewidziane są jakieś uroczystości szkolne? Mnie bardzo ucieszyłaby książka wydana z tej okazji.
   Zaglądając na stronę internetową szkoły, możemy przypuszczać, że dysponuje dość bogatym archiwum gdyż jak czytamy: "Udało się zachować akta szkolne, pomoce dydaktyczne i sztandar szkoły". Jednak moja korespondencja ze szkołą nie wniosła nic nowego,  uzyskałam jedynie informację, że nie posiadają nic więcej niż to co zamieścili na stronie.
    W jednym z akapitów czytamy, że Józef Kochański pełnił funkcję kierownika od 1945 roku, objął to stanowisko po śmierci swojej poprzedniczki. Natomiast już w listopadzie 1946 z powodu choroby przekazał obowiązki następczyni. Później szkoła  kilkakrotnie zmieniała lokalizację, związane to było z potrzebami uczniów oraz złymi warunkami lokalowymi.
   
Poniżej są zdjęcia pobrane z galerii szkoły. Może ktoś z czytających potrafi podpowiedzieć coś więcej na temat tych zdjęć, nauczycieli i historii szkoły?

1927 szkoła w Willach Świderskich


1948/1949 po przeprowadzce, przy ul Majowej


budowa boiska szkolnego


A co wiem o samej willi Martynówka? Otóż w mojej pamięci zachował się fakt, że w tym budynku w latach 60 i 70 mieszkało tam sporo lokatorów, różnych, zapewne mieszkania zostały przydzielone z kwaterunku. Razem z moją babcią bywałam tam czasem u jej znajomych. W jednym z mieszkań na parterze mieszkała rodzina, która miała dziewczynkę (chyba Hania Mądry?), w zbliżonym do mnie wieku i czasem się razem bawiłyśmy. Z tego mieszkania pamiętam telewizor czarno-biały z taką śmieszną nakładką z pleksi?, miało to imitować kolory. Tam zawsze było bardzo czyściutko i schludnie, aczkolwiek skromnie. Natomiast na najwyższym piętrze, a może to stryszek był? mieszkała jakaś liczna wielopokoleniowa rodzina. Wszędzie leżały sterty ubrań, nie zawsze czystych, a w kącie było coś w rodzaju toalety, zatem i zapachy dawały się we znaki. Z tego mieszkania wychodziło się przez okienko na dach werandy i zażywało słoneczka i powietrza. 
Czasami z dzieciakami z tego i okolicznych domów bawiliśmy się na podwórku w "komórki do wynajęcia" i w "chowanego". Oj było się tam gdzie skryć i zarośla i komórki i gołębniki i jakiś domeczek w głębi. Pamiętam, że na tym domeczku był kiedyś kominiarz i czyścił kominy, oj przyglądaliśmy się z całą dzieciarnia tej czynności. Takie to moje dziecięce wspomnienia.
    To trochę uzupełnienie mojego postu sprzed roku. Bo obydwa domy dzieli tylko wąziutka szutrowa uliczka, na której wciąż są takie same kałuże jak dawniej, a idąc tą uliczką w stronę rzeki Świder dochodziło się do sklepu pani Wali, jakie tam były pyszne cukierki z ogromnych szklanych słoików i lizaki i ciepłe lody...ech rozmarzyłam się...
    Dziś wiem, że w domu, gdzie kiedyś mieszkali moi dziadkowie, wcześniej przed nimi mieszkał właśnie Józef Kochański z siostrą mojej babci i córkami. 

A tak wygląda obecnie willa Martynówka, to jeden z piękniej zachowanych i zadbanych Świdermajerów. Zdjęcia mojego autorstwa




Jak zawsze na koniec proszę: na pewno znajdzie się ktoś, kto wie coś więcej, ma stare zdjęcia...