sobota, 18 listopada 2017

Historia z jednego ze spacerów

    W okresie Wszystkich Świętych wielu przewodników warszawskich organizuje spacery po cmentarzach. Cieszą się one olbrzymim zainteresowaniem, co nie dziwi. Po pierwsze jest to czas skłaniający nas do takich spacerów, a po drugie można poznać ciekawą historię cmentarza, jak i osób tam pochowanych. Po za tym, na wielu cmentarzach jest dużo zabytkowych nagrobków, wykonanych często przez znanych rzeźbiarzy.
    Pod koniec października uczestniczyłam z jedną z koleżanek, Moniką z grupy Warszawskich Genealożek w pierwszej części spaceru po Bródnie. Organizatorem była Warszawska Ferajna, a przewodnikiem Jarek Spaceroolog. Przewodnik oprowadzał nas po rozmaitych ścieżkach i opowiadał o cmentarzu, o ludziach i o nagrobkach. Kręcił to w prawo, to w lewo. Cały czas szybko i tak przez ponad trzy godziny. Było dość zimno, padał deszcz, nie bardzo chciało mi się robić zdjęcia...W pewnym momencie pan Jarek opowiadał coś o jakimś zdunie, a ja się odwróciłam w bok i zobaczyłam na jednym z nagrobków nazwisko Pocztarski. Nie jest to nazwisko związane z moimi poszukiwaniami, ale wiedziałam, że jedna z koleżanek, Grażyna szuka. Nie zastanawiając się długo, wyciągnęłam aparat i zrobiłam kilka zdjęć. Okazało się, że groby są dwa. Wieczorem już z domu przesłałam Grażynce te zdjęcia. I przypadkiem trafiłam w dziesiątkę. Na jednym z nagrobków było wyryte imię i nazwisko praprababci Grażynki. Biedna szukała jej na Powązkach, a okazało się, że to jednak Bródno. Mam wrażenie, że praprababka chciała, żeby ją odszukać i sama mi pokazała miejsce, gdzie patrzeć.
    Ponieważ następnego dnia była druga część wycieczki Grażynka dołączyła do Moniki i mnie i teraz razem maszerowałyśmy przez trzy godziny, słuchając przewodnika i jego opowieści o znanych i mniej znanych osobach. Na koniec poprosiłyśmy o podanie numeru alejki, w której pochowany był ów zdun. No teraz to już było łatwo... szybciutko odnalazłyśmy właściwe miejsce.  
A oto kilka zdjęć z tego odkrycia, nie wszystkie ostre, ale to chyba z emocji :)









    Wynika z tego, że warto rozmawiać i słuchać innych, bo skąd bym wiedziała o poszukiwaniach koleżanki? Warto też uważnie rozglądać się wokół siebie.

środa, 15 listopada 2017

Deklaracja o Podziwie i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych

    Postanowiłam Wam dzisiaj opowiedzieć o tym jak to nie należy lekceważyć różnych źródeł., tylko wszystkie śledzić i uważnie przeglądać.
O Deklaracji o Podziwie i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych słyszałam już dawno, ale nie zainteresowałam się tym wcale. Myślałam: a co mnie obchodzi jakaś deklaracja...
Dopiero całkiem niedawno od Mariusza, jednego z kolegów genealogów dostałam link do konkretnej strony... no i przepadło... Spędziłam kilka wieczorów przeglądając kartka po kartce, tom za tomem... Mariusz bardzo Ci za to dziękuję.
    Ale po kolei. Co to takiego jest ta Deklaracja? Otóż po I Wojnie Światowej Polska była bardzo osłabiona, panowała bieda i głód. Wtedy Stany Zjednoczone, dzięki staraniom Ignacego Paderewskiego, postanowiły pomóc, ofiarując żywność i inne dobra materialne. O szczegółach można poczytać na stronie http://www.polska1926.pl/, w zakładce o projekcie. Po kilku latach w 1926 roku narodził się pomysł, aby podziękować naszym dobroczyńcom i tak powstała owa Deklaracja. Jest to 111 tomów zawierających pięć i pół miliona podpisów. Podpisywali się  wszyscy: najwyżsi urzędnicy, prezydenci miast, członkowie stowarzyszeń, studenci, uczniowie i pracownicy wszystkich szkół. Niektóre karty są opatrzone pieczęciami, inne przepięknymi rysunkami lub zdjęciami, czasem można znaleźć wierszyki.
    Dla mnie najcenniejszym okazały się podpisy na kartach zamieszczonych poniżej. Znalazłam tam i dziadka Lucjana Rychlika jako ucznia V klasy i prababcię Julię Rychlik (gospodyni), jej brata Emila Brzezika (gospodarz). Emil, to ten, który był jednym z założycieli OSP w Ruchnie. Interesujące są również inne osoby: Jadwiga Rychlikówna z klasy VI to zapewne starsza siostra,  a Edward Rychlik z klasy I to młodszy brat mojego dziadka. Zaś Filomena Odowska z klasy V, kilka lat później zostanie żoną najstarszego brata dziadka Aleksandra.
Edward Brzezik z klasy II to pewnie syn Emila, a ojciec obecnej Pani dyrektor szkoły w Ruchnie.
    Zagadką dla mnie jest kim był Bazyli Rychlik, gospodarz. Z tym imieniem nie spotkałam się w rodzinie. Nie wiem też kim był był Eugeniusz Rychlik z klasy I. Brakuje też podpisu mojego pradziadka Józefa Rychlika, męża Julii. Dlaczego się nie podpisał?
Może ktoś z Was umie odpowiedzieć na te pytania?
    Być może mieszkańcy Ruchny znajdą tu swoich bliskich lub sąsiadów.




    Przygoda z przeglądaniem kart o Deklaracji nauczyła mnie, żeby uważnie słuchać, czytać i nie lekceważyć żadnej informacji, która wiąże się z rodzinną miejscowością, znajomym nazwiskiem. Warto też  przeglądać źródła poszukiwań innych genealogów, oni mają naprawdę dobre pomysły.
    Obecnie w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu jest wystawa plenerowa zorganizowana przez Dom Spotkań z Historią na temat Deklaracji, warto się wybrać, dopóki jeszcze jest.
    

sobota, 11 listopada 2017

Za chwilkę minie rok...

    W najbliższy czwartek  minie rok od kiedy męczę Was moją pisaniną. Zwyczaj nakazuje zrobić podsumowanie. Wszystkich postów łącznie z tym, opublikowałam 35. Ilość wyświetleń na dzień 12.11.2017 wynosi 18070. Uważam, że to dość dużo. Największą popularnością dość długo cieszył się post o kapliczce (1193) ale ostatnio spadł na czwarte miejsce, a na prowadzeniu znalazł się wpis o Ruchnie (1905), a zaraz za nim o papierzyskach z ZUSu (1455).  W ostatnich dniach sporym zainteresowaniem  cieszył się post o Marii Curie Skłodowskiej (1225), co nie dziwi gdyż związane to było z okrągłą 150 rocznicą urodzin noblistki. Ten wpis długo był na czwartym miejscu, a teraz z dużą przewagą zajmuje ostatnie miejsce na podium. Kolejne posty mają dużo mniejszą poczytność, post o prababci, to tylko 512 wyświetleń.
A jak wyglądają statystyki pomiędzy państwami? Wiadomo Polska jest na pierwszym, niezagrożonym miejscu (14996), Stany Zjednoczone (559), Rosja (536), Litwa (246), Holandia (225), Włochy (201). I dalej kolejne państwa, czasem też egzotyczne. I o ile nie dziwi RPA, ani Australia, bo jak wiadomo są to państwa zamieszkałe przez liczną Polonię, to takie Indie czy Malediwy już tak. Zrozumieć to zjawisko pomogli mi koledzy z grupy genealogicznej. Okazuje się, że są to tzw boty, czyli automaty nabijające wyświetlenia, czy polubienia na facebooku. Można to sobie nawet opłacić i mieć dużo lajków. No cóż mnie na takim czytelniku wcale nie zależy.
Zatrzymam się teraz przy słonecznej Italii. Podejrzewam, że większość wyświetleń z tego państwa jest za sprawą mojej przyjaciółki Joli, która od samego początku pilnie śledzi moją przygodę i z genealogią i blogiem. Jola, dziękuję za wsparcie i długie rozmowy. Bardzo długo, ilość wyświetleń z Włoch była na drugim lub trzecim miejscu, ścigając się z Rosją. Później te statystyki się pozmieniały.
    Dziękuję Wam, ze jesteście ze mną, że wspieracie mnie dobrym słowem, czasem drobną krytyką. 
Ja wiem, że wiele tekstów już teraz napisałabym inaczej, może lepiej, ale nie będę nic poprawiać. Niech zostanie tak jak jest. Często moje wpisy powstawały pod wpływem chwili, pisane na szybko, nie zawsze ładne stylistycznie, ale są moje, płynące prosto z serducha. 
Prowadzenie bloga pozwoliło mi trochę uporządkować swoje myśli, które czasami biegną tak szybko, że za nimi nie nadążam :)
    Dzięki temu, że piszę, a Wy to czytacie udało mi się zorganizować wieloosobową wycieczkę do Węgrowa, po której powstały dwa posty: pierwszy i drugi.
Do plusów należy również zaliczyć fakt, że odszukało mnie kilka osób z dalszej rodziny i rozpowszechnia moje odkrycia. Również ogromną zaletą jest fakt iż mieszkańcy Ruchny i Węgrowa dowiedzieli się , że matka Marii Curie Skłodowskiej urodziła się w Ruchnie. Otrzymałam również propozycję opowiedzenia dzieciom w przedszkolu o tym fakcie. Być może wiosną uda się taki pomysł zrealizować.
    A ja zaczęłam wnikliwiej interesować się historią miejscowości, z których pochodzą moi przodkowie, śledzić dokumenty, nie tylko te metrykalne, czytać książki w lokalnych bibliotekach.
Od całkiem obcej osoby otrzymałam piękne zdjęcia rodziny Łubieńskich, którzy byli właścicielami Ruchny.
    Jakie plany na kolejny rok? Odszukanie kolejnych dokumentów, które pozwolą mi poskładać trochę więcej puzzli w jedną układankę. Może wreszcie uda mi się wybrać do CAW, a właściwie do WBH. Zapewne pobiegam również po kilku cmentarzach (jestem Wam winna opis pewnej wycieczki, na której odnalazłam grób praprababki jednej z moich koleżanek). Powinnam też napisać o Korczakach z Zająca, ale jeszcze zbyt mało informacji pozbierałam. Czeka mnie też dokładniejsze prześledzenie Deklaracji o Podziwie i Przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych. Ech,,,na wszystko jak zwykle mało czasu...

                                                      A na zdjęciu tort urodzinowy

                                                     
                                                             foto Cukiernia Meryk

sobota, 4 listopada 2017

Zaduszki i pieśni dla zmarłych

    Co to są Zaduszki, to nikomu nie trzeba tłumaczyć. Dla porządku napiszę kilka słów. Zaduszki są Wspomnieniem Wszystkich Świętych Zmarłych. W kościele katolickim święto to wypada 2 listopada tuż po dniu Wszystkich Świętych. W Polsce święto to obchodzone jest od czasów pogańskich i oprócz uroczystości religijnych należy tego dnia odwiedzić cmentarz, zapalić lampki, pomodlić się. To tak w skrócie i to bardzo dużym.
    Jednak niewiele osób wie i pamięta o tradycji śpiewania pieśni zmarłym. Dawniej ludzie często umierali w domach. Bardzo starym zwyczajem, do dziś podtrzymywanym jest odwiedzanie zmarłego i czuwanie przy nim. Zasłaniano okna i lustra, zatrzymywano zegary, powstrzymywano się od głośnych rozmów i żartów. Następowała tak zwana "pusta noc", czyli czuwanie, modlitwa i śpiewanie przy zmarłym. Kościół z tym obyczajem walczył już od średniowiecza, jednak przetrwał on do naszych czasów. Pogrzeb następował mniej więcej po trzech, czterech dniach od śmierci. Z ceremonią związanych było wiele obrzędów i zwyczajów, np kolejność osób w kondukcie była dość ściśle określona.
    Ale dzisiaj chciałam Wam opowiedzieć o niezwykłym projekcie zachowania tradycji pieśni wykonywanych podczas czuwania.
W tym roku dzięki jednej z koleżanek Monice, miałam zaszczyt uczestniczyć w "Pieśniach do śmierci". Nazwa wydawać by się mogła nieco makabryczna, ale wcale tak nie jest. Wszak śmierć i następujące później obrzędy i przeżywanie żałoby jest jednym z elementów naszego życia.
    Otóż grupa młodych osób postanowiła ocalić od zapomnienia pieśni śpiewane przy zmarłym. Jeżdżą po wioskach w okolicy Węgrowa, szukają śpiewaków, nagrywają... Łatwo brzmi? Jak się o tym, pisze, to wygląda prosto, ale to wcale nie jest aż takie łatwe. Trzeba odszukać osoby, które tą tradycję pamiętają, znają teksty i melodie, namówić do spotkania, śpiewania....Następnie nagrać i samemu nauczyć się. Ale to nie koniec, żeby tradycja nie zaginęła trzeba ją rozpowszechniać. Dlatego też ci młodzi ludzie organizują różnego rodzaju wspólne śpiewanki, koncerty, prowadzą bloga, niedługo wydadzą swoją płytę. Na swoim blogu udostępniają teksty, również z melodią. Prezentują śpiewaków i ich śpiewniki.
    A ja z ogromną przyjemnością uczestniczyłam w zaduszkowym śpiewaniu, chociaż z moim bólem gardła więcej słuchałam niż śpiewałam...
    Warto zapamiętać i w następnych latach również razem pośpiewać: "Pieśni do śmierci".




   

niedziela, 15 października 2017

Warszawskie Babeczki z Rodzynkami w obiektywie aparatów

Postanowiłam trochę uzupełnić ostatni post dotyczący wycieczki.

Na poniższych zdjęciach widać jak grasujemy po cmentarzach.










Tutaj wiatr targa nasze fryzury na Sowiej Górze, a my podziwiamy widoki i robimy zdjęcia.




Bawiliśmy się świetnie i sądzę, że wycieczkę zapamiętamy na długo, a do zdjęć będziemy wracać w zimowe wieczory.

niedziela, 8 października 2017

Warszawskie Genealożki z Rodzynkami na wycieczce do Węgrowa

    Jakiś czas temu po opublikowaniu mojego postu o Węgrowie oraz drugiej części, moje koleżanki zaczęły żartować, że może zrobimy wspólnie taka wycieczkę i że ja będę ich przewodnikiem. Żarty trwały przez jakiś czas, ale po woli zaczęły przybierać realny kształt. Cóż przyszło mi zmierzyć się z organizacją całodziennej wycieczki w strony dobrze mi znane od dzieciństwa. To przecież tutaj mieszkali moi dziadkowie i mnóstwo rodziny, dlatego podjęłam się tego zadania z ogromna przyjemnością.
    Jesteśmy żeńską grupą genealogów, mieszkających w Warszawie lub niewielkiej okolicy, zatem już od dawna zostałyśmy określone jako "Warszawskie Genealożki". Czasami dołącza do nas jakiś pan, albo dwóch i to są nasze "Rodzynki". Wycieczka liczyła osiem osób, w tym Rodzynków było dwóch.
    Ogólnie wiadomo, że genealogów głównie interesują kościoły i cmentarze, zatem plan wycieczki ułożyłam tak, żeby każdy z nas znalazł coś, co go zainteresuje.
Większość grupy spotkała się na pl Bankowym w Warszawie i wyruszyła w kierunku wschodnim, po drodze zabierając ze sobą jeszcze jedną osobę. A ja dołączyłam do wszystkich dopiero w Grębkowie, skąd rozpoczęło się nasze wspólne zwiedzanie.




Grębków, bo gręby, czyli nierówny, pofałdowany teren. Parafia została erygowana już w 1425 roku. Obecny budynek kościoła został wybudowany w stylu neogotyckim, a fundatorami byli dziedzice z Trzebuczy Eleonora i Stanisław Brogowicz. Tuż obok kościoła znajdziemy stary, zabytkowy cmentarz z ciekawymi nagrobkami. Cmentarz współczesny jest w niewielkim oddaleniu od kościoła, po lewej stronie głównej drogi. Polecam zajrzeć na stronę internetową parafii, a szczególnie tę zakładkę.
    Następnym punktem programu był Liw a w nim kościół, cmentarz i oczywiście zamek z wieżą.



Wokół kościoła pod drzewami znajdują się ciekawe tabliczki z rymowankami ekologicznymi. Niektóre z błędami ortograficznymi :)



Sam kościół jest również pobudowany w stylu neogotyckim i również fundatorem był dziedzic z Trzebuczy Stanisław Brogowicz, ale też właściciel Turny Ignacy Popiel oraz ksiądz Rafał Leszczyński. Na cmentarzu znajdują się ciekawe nagrobki księży i innych osób. Część z nich została pięknie odrestaurowana.
    Następnie udaliśmy się do Muzeum Warowni w Liwie. Sądzę że na długo zostaniemy zapamiętani przez obsługę z racji zamieszania jakie uczyniliśmy zaraz przy wejściu mierząc rozmaite nakrycia głowy. Nie ukrywam, że uciechę mieliśmy ogromną.





Część uczestników zawędrowała na wieżę by z wysoka podziwiać panoramę okolicy.



    Kolejnym etapem był punkt widokowy o wdzięcznej nazwie Sowia Góra. Tym miejscem zachwycili się już filmowcy. Ostatnio ta piękna okolica posłużyła jako plan  filmowy do "Legionów", których premiera ma być w 2018 roku.  Szkoda, że słoneczko nie chciało ładniej podświetlić okolicznych łąk i meandrów Liwca, a także fotografów.






Następnie podjechaliśmy na maleńki wiejski cmentarzyk w Jarnicach z uroczą kaplicą, której historię można przeczytać tutaj. Warto też zapoznać się z dziejami wsi.    Kolejnym punktem programu był Węgrów z jego zabytkami i historią. Zobaczyliśmy cmentarz żydowski, ewangelicki (z ciekawymi nagrobkami z trupimi czaszkami) i katolicki, na którym natrafiliśmy na wiele ciekawych  nagrobków, również  prawosławnych. Udało nam się także wejść do kaplicy cmentarnej. 




    Pobiegaliśmy trochę po rynku i okolicach. Widzieliśmy Dom Gdański, Starą Plebanię, piękne kamieniczki i stare drewniane domy.



 Nawet przez chwile posiedziałyśmy na ławce by dać trochę wytchnienia naszym stopom. 



Weszliśmy do Bazyliki Mniejszej, ale że za chwile był pogrzeb, więc po cichutku wyszliśmy by nie przeszkadzać żałobnikom. 








    Sądzę jednak, że najbardziej wszystkich zaciekawił Klasztor i jego skarby. Poprosiliśmy pana Marka o oprowadzenie i opowieści o historii. Moglibyśmy słuchać i słuchać i oglądać bez końca... 
Nawet jakaś obca pani dołączyła do nas przy zwiedzaniu...



Mieliśmy to szczęście, że mogliśmy obejrzeć niedawno odnalezione szkatuły z sercami fundatorów świątyni.





Ogromne wrażenie zrobiły na nas też podziemia z trumnami i mumiami 





    Wreszcie nadszedł czas posiłku, zatem udaliśmy się na obiad do knajpki nad Liwcem, gdzie w spokoju i ciszy spożyliśmy różne dania popijając czym kto lubi.



    A jak wiadomo po obiedzie wskazany jest spacer, czyli poszliśmy nad zalew podziwiać przyrodę i wędkarzy moczących kije.
    Ostatnim punktem programu była Ruchna i mieszkająca w niej twórczyni ludowa, o której kiedyś już pisałam. Małgosia Pepłowska, bo o niej tu mowa przyjęła nas w swojej pracowni i pokazywała i cierpliwie odpowiadała na wszystkie zadawane pytania, a my jak to zwykle bywa znów narobiliśmy zamieszania. Tym razem prym w wygłupach wiódł Piotrek



Moje kochane Warszawskie Genealożki wraz z Rodzynkami:
Dziękuje Wam za to, że wytrwaliście do końca, pomimo, że tempo musiałam narzucić całkiem niezłe. Dziękuję, że nie daliście mi odczuć, że coś wam się nie podoba, że zawiedliście się, że coś...
Dziękuje Wam również za zdjęcia, które tu wykorzystałam, a autorów było tylu, ilu uczestników.
Mam nadzieję, że bawiliście się nie najgorzej i nikt nie nabawił się przeziębienia pomimo przemoczonych butów i konieczności zakupu skarpetek :) 





czwartek, 5 października 2017

Garść wspomnień ze Świdra

    Wiosną wspominałam o tym, że moi dziadkowie macierzyści mieszkali w pięknym domu w Świdrze koło Otwocka. Ulica wcześniej nazywała się Wiosenna, a po włączeniu Świdra do Otwocka nastąpiła zmiana nazwy na Heleny Marusarzówny. Długo nie wiedziałam kto to taki ta Helena, a to bardzo ciekawa postać. Była mistrzynią Polski w sportach narciarskich. Od początku II wojny Światowej czynnie działała w ruchu oporu, jako kurier przeprowadzała ludzi i przenosiła pocztę przez góry. Została schwytana przez żandarmów słowackich i przekazana w ręce gestapo, torturowana, nigdy nikogo nie zdradziła. Została stracona i tu są dwie wersje co dat i miejsca, w każdym razie był to rok 1941. Po wielu latach, w 1950 roku  została ekshumowana i pochowana na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem. Pośmiertnie została odznaczona Orderem Virtuti Militari oraz Krzyżem Walecznych. Jej imię nosi wiele ulic w różnych miastach Polski i wiele szkół.
    W moich wspomnieniach z tamtego czasu pozostały również spacery nad Świder i moczenie tyłka w wodzie. Jak wychodziłam zziębnięta, to babcia zawsze miała dla mnie bułkę z masłem i ogromnym pomidorem pokrojonym w wielkie plastry. Po drodze nad rzekę mijałyśmy lisią fermę, która było można wyczuć z daleka. Wracałyśmy zaś inną drogą, obok sanatorium. Za ogrodzeniem były takie wspaniałe jak na tamte czasy huśtawki i zjeżdżalnie. Czasami udawało się wejść przez jakąś dziurę w płocie i trochę pohuśtać. Dla mnie kilkuletniego dzieciaka to była ogromna frajda. Czasem nasze spacery były dłuższe i wędrowałyśmy w stronę Świdrów Wielkich, tam na pętli autobusowej był stragan z owocami. Prawie zawsze babcia kupowała mi wielgachną gruszkę klapsę, której sok ściekał po palcach, sukience i butach.Tuż przed pętlą był ośrodek wczasowy "Słoneczko", a obok bar pod parasolami "Słoneczny", w którym czasem kupowałyśmy jakiś obiad. Ostatnio na FB pojawiło się zdjęcie ośrodka, ożyły wspomnienia...



     Kawałek za obecnym rondem chodziłyśmy z babcią do rzeźnika po jakieś mięso. Podobało mi się, kiedy pan sprzedawca rąbał siekierką na takim dużym pniaku mięso z kością. W drodze powrotnej skręcałyśmy w ul Mieszka I, mniej więcej tu gdzie teraz jest jest Top Market, czy jakiś inny sklep była budka z lodami i jagodziankami. Oj pyszne były te smakołyki z dzieciństwa. Lody wkładane pomiędzy dwa wafelki, za chwilę ciekły tak samo jak wcześniejsza gruszka. Tuż obok w przepięknej przedwojennej willi w dużym ogrodzie była dość ekskluzywna restauracja Ambasadorska, kilka razy byłam w środku, ale nie wiele pamiętam. Obecnie cały ten teren należy do Zgromadzenia Sióstr Zakonnych. Z tego miejsca już całkiem niedaleko jest na ul Jodłową. I to o tej właśnie uliczce chciałam napisać, a raczej o kaplicy, która dawniej tutaj się znajdowała. To dość ważne miejsce w moim życiu. Tutaj brali ślub kościelny moi rodzice, a ja zostałam ochrzczona. A później często uczestniczyłam we mszach św. i innych nabożeństwach wraz z moją babcią. My dzieci zawsze stawaliśmy z przodu zaraz za plecami księdza, w czasie kazania wolno nam było przysiąść na dywanie na takim kilkucentymetrowym podwyższeniu.  Po prawej stronie kaplicy był boczny ołtarz, a przy nim skarbonka , taki murzynek kiwający główką jak się wrzuciło pieniążek. Po mszy zawsze kilkoro dzieci czekało w kolejce, żeby murzynek pokiwał główką. Po stronie lewej zaś stała fisharmonia na której organista grał pieśni kościelne. Lubiłam patrzeć na tą maszynerię, tyle tam było guziczków i przycisków, jedne należało wcisnąć inne wyciągnąć. To było o wiele ciekawsze niż modlitwa, czy kazanie. Po sąsiedzku z kaplicą było przedszkole prowadzone przez siostry zakonne. Lubiłam zaglądać przez płot, bo ciekawiło mnie jak dzieci się bawią. A przed bramą kościółka stał pan z odpustowymi świecidełkami dla dziewczynek i pistoletami na korki i kapiszony dla chłopców. Mnie zawsze ciekawiły te chłopięce zabawki, ale jakoś nigdy nie zostałam niczym takim obdarowana. Łatwiej było namówić babcię na mały pierścioneczek, czy zegarek na gumce z bransoletką z koralików. A te pierścionki takie były śliczne, złote z kolorowymi oczkami. Miałam szczupłe palce i prawie wszystkie mi spadały,  czasami pojawiały się takie regulowane, można było więc trochę zacisnąć i pierścionek nie spadał. Od czasu do czasu miałam kupione takie starodawne jojo, piłeczkę trocinową na gumce. Te piłeczki bywały w różnych kolorach, chciało się mieć wszystkie. Nie były zbyt trwałe, bo trociny były zawinięte w celofan ściśnięty gumką. Czasem udało mi się namówić babcię, czy mamę na kupno takie uroczego diabełka pokazującego język. Poniżej na zdjęciach można zobaczyć jakie to skarby fascynowały małą dziewczynkę. Zdjęcia zaczerpnięte z internetu.





    A później moi dziadkowie nie mieszkali już w Świdrze, tylko w Otwocku i już do innego kościoła chodziła moja babcia, a ja z nią. Próbowałam odszukać w internecie jakieś zdjęcia tej kaplicy, zamieściłam nawet anons na jednym z otwockich portali, na razie czekam. W naszej rodzinie nie było wiele zdjęć i z tego miejsca nie ma żadnego. Szkoda, że na stronie parafii jest mała notka o historii, a starych zdjęć nie ma wcale. Obecnie na terenie dawnej kaplicy jest plac zabaw pobliskiego przedszkola.