niedziela, 30 kwietnia 2017

Jeszcze raz o skarbach z ZUSu, czyli jak zawędrowałam z poszukiwaniami do Szczecina.

    Około dwóch tygodni temu otrzymałam kolejną przesyłkę z dokumentami z ZUSu. Tym razem dokumenty dotyczyły mojego dziadka macierzystego. Sprawiło mi to ogromną przyjemność, zwłaszcza, że tym razem nie są to kopie, a oryginały, świadectwa pracy, zaświadczenia, a także legitymacja ubezpieczeniowa. Na podstawie tych papierzysk można doskonale odtworzyć przebieg pracy zawodowej, a także miejsca zamieszkania. Dowiedziałam się, że przed wojną dziadek pracował jako fryzjer w jednym z zakładów w Mińsku Mazowieckim, co nie było dla mnie dziwne, gdyż dziadek urodził się w pobliskiej wsi, a zawód ten uprawiał również wiele lat później, co prawda już w innych miastach i czasach. Oprócz tego doczytałam się, że był również magazynierem w Domach Towarowych Centrum, a także w Społem w Warszawie, że był dozorcą w Otwocku, a także konduktorem w Szczecinie. I o tym epizodzie chciałam tu napisać.
    Otóż dziadkowie po wojnie stwierdzili, że wyruszą na tzw Ziemie Odzyskane w poszukiwaniu lepszego bytu. Zapakowali trzy córki i trochę mebli i rzeczy osobistych i zawędrowali do Szczecina. Zamieszkali na ul Żółkiewskiego 5 w starej przepięknej  kamienicy. Z dokumentów wynika, że to była właśnie ta kamienica ze zdjęcia, ale trochę się nie zgadza numeracja mieszkań. Na zdjęciu domofonu widzimy numery do 13A, a numer mieszkania dziadków to 16. I teraz mam dylemat, czy kiedyś był inny układ mieszkań na klatce, czy może zmieniła się numeracja domów, a może ta kamienica miała oficynę i numer 16 dotyczył jej właśnie?




    Dziadek zatrudnił się MZK Szczecin jako konduktor, a w międzyczasie starał się otworzyć swój własny zakład fryzjerski. Być może nawet to przedsięwzięcie by mu się udało, ale Szczecin okazał się niezbyt przyjazny dla moich przodków. Otóż najpierw dziadek po przytrzaśnięciu drzwiami wagonu tramwajowego stracił pół wskazującego palca, Później najmłodsza siostra mojej mamy zmarła trzy dni po swoich narodzinach. Jak by tego było mało, to średnia córka dziadków spadła ze schodów i połamała kręgosłup... Dziecko wymagało specjalistycznej opieki, a taka w tamtych czasach najlepsza była w Konstancinie, zatem dziadkowie spakowali manatki powrócili w okolice Warszawy i zamieszkali w pięknym drewnianym domu w Świdrze, o którym już pisałam.


                                    Być może to własnie z tych schodów zleciała moja ciotka...

    Rozbisurmaniłam się i wysłałam kolejne prośby o dokumenty do kilku inspektoratów ZUS .
 Z Biłgoraja otrzymałam informację iż babcia mojego męża nie pobierała świadczeń, a w aktach dziadka brak żądanych dokumentów. Może to trochę dziwna odpowiedź, ale jednocześnie napisano, że pobierał świadczenie kolejowe, być może należy podobne pismo wysłać do archiwum PKP?
    Obecnie czekam na następną przesyłkę, tym razem z Warszawy.


Te piękne zdjęcia otrzymałam od  Eli Zegarlickiej. Ela, bardzo Ci dziękuję za poświęcony czas i za to, że Ci się chciało.

niedziela, 26 marca 2017

Tu kiedyś mieszkali moi dziadkowie

    Kilka dni temu przy okazji wiosennych porządków na cmentarzu w Otwocku, gdzie pochowani są moi dziadkowie, postanowiłam zobaczyć dom, w którym kiedyś mieszkali. Był to stosunkowo nieduży budynek drewniany w stylu Świdermajer. W czasach mojego dzieciństwa budynek miał adres Wiosenna 19, później nazwę ulicy zmieniono na Marusarzówny, numer też jest zupełnie inny 35. Ta zmiana adresu nastąpiła już bardzo dawno, do moich dziadków pisałam listy też na ten drugi. Sama uliczka nic się nie zmieniła, tak samo jak w moich wspomnieniach jest to czarna, ubita droga, pełna dziur i kałuż. Budynek w mojej pamięci zapisał się jak większość tego typu domów w kolorze jasno brązowym, nazywanym jako jasny orzech. Kilka lat temu ktoś chyba chciał uświetnić budowlę i ją przemalował, obecnie wygląda fatalnie, dom jest biały z elementami brązu, w dodatku farba odłazi, brakuje też wielu elementów, np schodków od werandy, okiennice opuszczone... Zresztą cała działka robi przygnębiające wrażenie. Kiedyś teren był o wiele większy, zapewne część działki została sprzedana i stoi tam drugi, inny w charakterze dom. Dawniej cała posesja była zalesiona sosnami, obecnie zieje pustką. Z dawnych czasów przetrwały jedynie bzy. Pewnie latem, jak wszystko się zazieleni, wrażenia będą o wiele lepsze.


\

Werandy po lewej stronie, ta na parterze należała do państwa Chruścielów, a ta na piętrze do pani Czesi, natomiast ta z prawej strony na parterze należała do moich dziadków.



 Tutaj widać werandę, na parterze brakuje schodków, ale to właśnie tutaj beztrosko się bawiłam, nawet w deszczowe dni.



 Tutaj widać werandę i kuchenne okno dziadków, a także drzwi wejściowe i kuchenne okno państwa Chruścielów.



 Na powyższym zdjęciu widać wejście do domu. Na parterze po lewej stronie mieszkali moi dziadkowie, a po prawej państwo Chruścielowie. a na piętrze rodzina, której nazwiska nie pamiętam oraz pani Czesia, która była krawcową.





    Po przeciwnej stronie uliczki jest przepięknie zadbany i ze trzy razy większy Świdermajer. Ten w mojej pamięci zapisał się jako ten bardziej zaniedbany, ale teraz ma lepszego gospodarza. I nawet kolor taki bardziej bliski sercu...Dawniej nie było płotów, ani bramy i sosen więcej, ale i tak mi się podoba.



sobota, 11 marca 2017

Papierzyska z ZUS u

    Za namową koleżanek postanowiłam wysłać pisma do ZUS u z prośbą o świadectwa pracy moich przodków. Na razie wysłałam dwa, jedno w sprawie dokumentów mojego ojca i drugie w sprawie dziadków macierzystych.  Jestem pod ogromnym wrażeniem życzliwości osób pracujących w owej instytucji, a przeważnie mamy inne zdanie o pracownikach tej firmy. Po kilku dniach od wysłania listów do dwóch różnych inspektoratów, zadzwoniły do mnie miłe panie. Od jednej się dowiedziałam, że zaraz zrobi kserokopie wszystkich świadectw pracy mojego taty i wyśle pocztą, Co uczyniła, i przesyłka do mnie dotarła, za co bardzo dziękuję. Druga pani poinformowała mnie, że moja babcia macierzysta nie pobierała emerytury (co mnie nieco zdziwiło, ale po przeprowadzeniu wywiadu rodzinnego okazało się prawdą). Natomiast teczka dziadka jest przesłana do archiwum i trzeba będzie trochę poczekać, i że jak już będzie na miejscu (ta teczka), to pani do mnie zadzwoni. Mniej więcej tydzień później pani zadzwoniła i poinformowała mnie o zawartości teczki. Pani była bardzo zmartwiona, że nie ma tam żadnego dokumentu ze zdjęciem, że jest jakaś legitymacja tymczasowa, ale bez fotografii. Dowiedziałam się, że są tam świadectwa pracy i zaświadczenia o zatrudnieniu mojego dziadka. Przez telefon pani wymieniała instytucje, stanowiska i okresy zatrudnienia. Niezwykle interesująca okazał się informacja iż to wszystko zostanie mi przesłane pocztą w oryginale. Łatwo się domyślić, że czekam z niecierpliwością.
    Pojawia się pytanie po co mi to. Odpowiedź jest prosta: Mając świadectwa pracy moich przodków mogę prześledzić ich życie, w jakich instytucjach pracowali, na jakich stanowiskach. Co nie zawsze jest takie oczywiste i wiadome. O ile, gdzie pracowali rodzice najczęściej wiemy, to już miejsca pracy naszych dziadków mogą okazać się nie lada wyzwaniem. Szczególnie jeśli często się przeprowadzali. Z teczki mojego taty dowiedziałam, się że pracował w instytucji, o której nie miałam pojęcia (było to na kilka lat przed ślubem moich rodziców). Ciekawe mogą okazać się zarobki. Pensja podstawowa to jedno, a drugie to wszelkiego rodzaju dodatki. Nie podam tu ani firmy, ani stanowiska, ani okresu jakiego to dotyczy, ale było to przeszło 30 lat temu.
pensja podstawowa - 5900
dodatek za stopień  - 2300
dodatek operacyjny- 2870
dodatek 20% za wysługę lat
dodatek śniadaniowy - 52.50 dziennie
Jak dokładnie podsumujemy, to okaże się, że wszystkie dodatki przewyższą podstawę.




Obecnie czekam na obiecaną przesyłkę z dziadka papierzyskami. Postanowiłam również  napisać następne prośby do ZUS o kolejnych członków rodziny: mamę i teściów.


czwartek, 23 lutego 2017

Szkoła w Ruchnie

    W nawiązaniu do postu o kronice i do komentarzy, oraz e- maili i telefonów jakie otrzymałam, postanowiłam dopisać małe co nie co.

To skopiowany komentarz Mariusza:

"Ruchna, gmina Ruchna, powiat Węgrów, województwo lubelskie - II RP

Dane na 01.12.1930
Publiczna Szkoła Powszechna
Język nauczania: polski
Szkoła mieściła się we własnym budynku o powierzchni 77m2, w którym znajdowały się trzy sale lekcyjne. W szkole nauczało troje nauczycieli, a uczyło się tam razem 233 uczniów tj sześć kompletów uczniów."

Jak policzymy, to okaże się, że klasy były bardzo liczne, po 40 uczniów, a nauczycieli tylko troje, czyli nauka musiała odbywać się na zmiany. I powierzchnia maleńka. Z kroniki wiem, że toalety nie było, tylko wychodek w rogu podwórza.
Ruchna była gminą do 1954 roku, ale zaskakująca może być informacja o województwie lubelskim. Ciekawy może się okazać podział administracyjny kraju.

  Zrobiłam kilka zdjęć tego starego budynku szkoły. Teraz mieści się tam przedszkole.









A tu kilka fotek domu, w którym mieściła się siedziba gminy, obecnie budynek mieszkalny.





wtorek, 21 lutego 2017

Cytaty znanych i nie znanych




    Na wielu blogach genealogicznych ich autorzy zamieszczają różne cytaty jako motto swojego bloga. Pokusiłam się o zebranie  kilku z nich. Niektóre są warte zastosowania.

A co to jest motto?
Motto  -  cytat poprzedzający treść utworu, umieszczony tam przez autora, aby wywołać na odbiorcy określone skutki zgodnie z zamysłem autora. tekst z internetu
Cytat - dosłowne przytoczenie cudzych słów


"Nie podam ręki nikomu, kto nie wie jak jego prababka z domu"   
Melchior Wańkowicz


"Aby mierzyć drogę przyszłą, trzeba wiedzieć skąd się wyszło"
"Przeszłość - to dziś, tylko cokolwiek dalej"
 Cyprian Kamil Norwid


"Kto nie szanuje i nie ceni swej przeszłości,
 nie jest godzien szacunku teraźniejszości,
 ani prawa do przyszłości"  
 Józef Piłsudski


"W młodości szukamy wierzchołków, na starość - korzeni"   
 Marierose Fuchs


"Śpiesz się, bo niedługo sam będziesz przodkiem"
Stanisław Pieniążek


"Ojczyzna to ziemia i groby.
Narody, tracąc pamięć, tracą życie"
Transkrypcja z drewnianej tabliczki na jednym z grobów na Pęksowym Bzyku w Zakopanem, słowa te przypisuje się francuskiemu marszałkowi Ferdynandowi Foch'owi.

"Nie wszystek umrę"
Horacy

"Po przeszłość trzeba wznieść się, 
by się przed nią schylić "
Ks Jan Twardowski

"Z pamięci bliskich utkana jest nasza tożsamość"
Karel Capek

"Pomiędzy ludźmi nikt nie jest bez imienia"
Homer, Odyseja

"Jeśli zapomnę o nich, Ty Boże na niebie zapomnij o mnie"
Adam Mickiewicz, Dziady cz III

"Obce rzeczy wiedzieć dobrze jest, swoje obowiązek"
Zygmunt Gloger

    Przeszukując internet na jednym z blogów odnalazłam podobny wpis, jak chcecie, to poczytajcie, ale razem z komentarzami: motto-genealogii-rodzinnej.

Zapraszam też do wpisywania w komentarzach innych, ciekawych cytatów.

niedziela, 19 lutego 2017

Kronika szkoły w Ruchnie

    Zapewne nie byłabym sobą, gdybym nie załatwiała kilku spraw jednocześnie. Kto czytał mój poprzedni post o książce, ten wie, że niedawno byłam w Węgrowie. Oczywiście musiałam skorzystać z okazji i odwiedziłam szkołę podstawową w Ruchnie. Przecież to wieś moich przodków i w tej szkole uczyły się całe pokolenia mojej rodziny.




    Wcześniej zadzwoniłam i umówiłam się z Panią Dyrektor na wizytę. Zostałam przyjęta niezwykle mile i sympatycznie. Kronika szkolna, o którą prosiłam w rozmowie telefonicznej już na mnie czekała. A Pani Dyrektor miała w tym czasie lekcje z uczniami.




    Zaczęłam ją przeglądać i czytać. Zrobiłam też całe mnóstwo zdjęć, niestety nie są najlepszej jakości, ale dla mnie są bardzo cenne. 
    Kronikę początkowo prowadził ówczesny dyrektor szkoły, zachwyca staranność pisma i przepiękna polszczyzna. 




    Udało mi się odszukać wielu członków rodziny, którzy są wymienieni wśród uczniów kończących w danym roku szkołę. Teraz w zaciszu domowym zanurkuję w treść kroniki, może przeczytam ciekawe historie, poznam życie swojej rodziny z innej perspektywy. Już samo trzymanie w dłoniach tego woluminu wywoływało dreszczyk emocji, a gdy zaczęłam pobieżnie czytać, to tak jakbym się przeniosła w czasie. Pozycja zawiera sporo zdjęć, jednak muszę trochę nad nimi posiedzieć, być może uda mi się kogoś rozpoznać. Ubolewam, że zdjęcia są z późniejszego okresu, a z pierwszych lat są tylko dwa zbiorowe, nie podpisane, ani z którego roku, ani nazwiskami uczniów. Nie umiem nikogo na nich rozpoznać.. Może Wam się uda?




    Niestety na jednym ze zdjęć odbiło mi się światło i trochę słabo widać. Wygląd na to, że do fotografii stanęli wszyscy uczniowie szkoły, którzy byli tego dnia na lekcjach.
    O tym, że świat jest mały i że "przypadki chodzą po ludziach" wiemy już bardzo dawna. Okazało się, że jesteśmy z Panią Dyrektor spokrewnione. Moja prababcia Julia Rychlik z domu Brzezik i dziadek Pani Dyrektor, Emil Brzezik, to rodzeństwo. O Emilu już wspominałam w poście o strażakach. Fajnie jest w takich małych miejscowościach, wszyscy się znają, nawet do piątego pokolenia :) A ja wciąż odkrywam coś nowego, dla mnie nieznanego, niezwykłego, a później zamykam oczy i widzę tych swoich przodków w szkolnej ławce, albo przy tablicy, przecież przeniosłam się w czasie...

piątek, 10 lutego 2017

Książka

    Kilka dni temu, 8 lutego 2017 roku w przepięknej sali Węgrowskiego Ośrodka Kultury odbyło się spotkanie promujące książkę poświęconą  mojej kuzynce Małgorzacie Pepłowskiej, twórczyni ludowej. Na zewnątrz było wyjątkowo mroźno, zaś w gościnnych wnętrzach atmosfera była serdeczna, miła, pełna ciepła i piękna.
    Autorką książki i gospodynią wieczoru była Danuta Grodzka Wojdyna. Danusia jest osobą niezwykle aktywną, założyła i prowadzi Prywatne Muzeum Regionalne w Zambrzyńcu, jest Przewodnikiem PTTK i wiceprezesem oddziału PTTK w Węgrowie, uczy w liceum Geografii Turystycznej Regionu.
     O bohaterce książki już kiedyś pisałam, ale przypomnę: Małgosia jest bratanicą mojego dziadka Lucjana Rychlika,  twórczynią ludową wykonującą tkactwo dwuosnowowe, kwiaty z bibuły oraz ozdoby w opłatka.
Najciekawsze jest to, że prace Małgosi zostały dostrzeżone i docenione niemalże na całym świecie. Jest laureatką wielu prestiżowych nagród, w tym medalu im Oskara Kolberga. Dzieła Małgosi są ozdobą wielu wystaw krajowych i zagranicznych, zachwycają się nimi widzowie w Europie i Ameryce. Jak słusznie zauważyła będąca gościem wieczoru Pani dyrektor Muzeum Etnograficznego w Warszawie, po wielu latach pracy Małgosia została wreszcie doceniona przez "swoich", co nie zawsze jest takie oczywiste. Przywykamy do rzeczy, które często widzimy, nie doceniamy ich wyjątkowości i niezwykłości. Po prostu nie dostrzegamy...
A nasza artystka jest osobą niezwykle skromną, pracowitą i jak sama mówi: "pokochała  i oddaje się tkaniu". Z książki możemy się dowiedzieć o tradycji tkactwa w Węgrowie, o twórczości Małgosi, jej osiągnięciach i nagrodach. Można obejrzeć wiele zdjęć prac, dyplomów i nagród.
    Spotkanie uświetniły występy  dzieciaków z przedszkola w Ruchnie, które fantastycznie tańczyły i śpiewały. Dzieci z rucheńskiej szkoły popisały się wierszem specjalnie ułożonym na cześć Małgosi.
Kilka utworów zaprezentował również ludowy zespół Węgrowianie. Były także rozmaite przemówienia i podziękowania od władz miasta, gminy i powiatu oraz wszystkich ważnych osób. Obydwie panie autorka i artystka otrzymały wiele kwiatów, upominków i gratulacji. Gości było bardzo dużo i wypełnili sporą salę widowiskową WOKu. Aparaty błyskały fleszami, operatorzy nagrywali, działo się...
    A w holu dumnie prezentowały się prace Małgosi, dywany, kwiaty i ozdoby z opłatka, a ja stałam się szczęśliwą posiadaczką książki z dedykacja autorki.


Gratuluję obu paniom, życzę i dziękuję.
Małgosi - talentu, pracowitości, skromności, życzę ukończenia pracowni i stworzenia zaplanowanych dywanów.
Danusi - pomysłów, wydanej książki, życzę wiele nowych szalonych pomysłów do zrealizowania.